sobota, 29 listopada 2014

Nie jest łatwo być dzieckiem szczęścia


Nie jest łatwo być dzieckiem szczęścia
Był gorący sierpniowy dzień, gdy przyszłam na świat. Zimne lekarskie dłonie wtargnęły z impetem z brzucha mojej mamy, wyciągając moje małe, zaplątane w pępowinę ciałko.

1:0 dla mnie, żyję, wygrałam ze światem.

Jestem pewna, że to wtedy wszystko się zaczęło. Nie tylko życie, nie, także bycie dzieckiem, dzieckiem szczęścia.

Potem było już tylko gorzej. A może nie, może jednak lepiej. Oceńcie sami.

Urodziłam się z problemami zdrowotnymi, dzięki mamie pracującej w służbie zdrowia i jej umiejętności przedzierania się przez absurdy tej branży, od razu zostałam objęta najlepszą opieką medyczną, jaka była możliwa. Nie czekałam na diagnozę ani chwili, była znana już po moim urodzeniu, dzięki temu cały proces przebiegł bardzo szybko – lekarze, operacje, szpitale, sanatoria i tak przez większość dzieciństwa.

Raz zachłysnęłam się po operacji własną śliną. Podobno na oddziale, na którym leżałam nie było sprawnego ssaka. Mogę sobie tylko wyobrazić powagę i grozę tej sytuacji, ale ssak znalazł się inny, ktoś go szybko przyniósł z innego oddziału, a ja już po chwili oddychałam jak przedtem.
Innym razem mój tata, trzymając mnie za kostki do góry nogami, próbował wytrząsnąć ze mnie kawałek kiełbasy, który utknął mi w gardle. Udało się. Znów moje szczęście.

Dzieciństwo – czas usłany różami. Mnóstwo szczęścia przepływającego hektolitrami, wylewającego się z czeluści mojego dziecięcego pokoiku z błękitną tapetą w białe gąski. Wspomnienie wszystkich gwiazdkowych prezentów, małego czarnego pieska, który urósł i okazał się być dobermanem, godzin do późna na podwórku, ścigając się z chłopakami na rowerach, tysiące lalkowych głów uczesanych wg mojego pomysłu, niezliczona ilość gum balonowych i wyciskanych wodnych lodów, rzesze przyjaciół na śmierć i życie, pozdzierane kolana opatrywane śliną. Dzieciństwo małej księżniczki z lat ’90.

Były złe chwile, jak śmierć taty, czy operacje, albo pobyty w sanatorium, gdzie bardzo tęskniłam za domem. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że nie były to rzeczy, których nie zdołałam unieść. Oczywiście wszystko na mnie w jakiś tam sposób wpłynęło, ale nie spowodowało, że nie mogłam podnieść się, otrzepać i iść dalej z uśmiechem na ustach.

Cały czas byłam wrzucana w życiowe sytuacje. Uczono mnie sobie radzić. Z wrodzonym sprytem dobierałam sobie przedmioty w szkole, których chciało mi się uczyć, resztę chciałam mieć „na 3”. To ja byłam osobą, którą wysyła się do pani, żeby przełożyła kartkówkę, albo która wyskoczy przed szereg w obronie całej klasy. Zawsze mi się udawało, nie dostawałam konsekwencjami swoich czynów przez łeb.

Gdy uczyłam się jeździć na nowym rowerze, dużo większym niż poprzedni, wpadłam rozpędzona z górki na płot z siatki. Odbiły mi się niemal na twarzy jego oczka. Rozejrzałam się, czy nikt nie widzi, pozbierałam rower, otrzepałam się i znów na niego wsiadłam.

Mama sukcesywnie we mnie budowała wiarę, że można mi wszystko. Nie mam tu na myśli braku zasad, chociaż chyba mogę powiedzieć, że byłam bardziej z tych rozpieszczonych dzieciaków, niż ze znających granicę. To spowodowało wielką odwagę w stąpaniu po świecie. Głód jaki posiadałam oraz przyzwolenie społeczne do sięgania po kolejne sukcesy powodowały parcie do przodu w zawrotnej prędkości.

Nie miałam jakiś wybitnych osiągnięć w szkole. Byłam lubiana, zawsze obecna w towarzystwie. Oraz bardzo sprytna. Pamiętam mnóstwo sytuacji z liceum, gdzie spryt, mój i mojej najlepszej przyjaciółki, wyciągał nas z każdych tarapatów. Pytanie z historii, czy kartkówki z polskiego- pestka. Miałam swoje koniki, gdzie lubiłam pokazywać swoją ambitną i dominującą naturę, miałam też przedmioty, gdzie najniższa linia oporu mnie satysfakcjonowała. Nie musiałam mieć 5 z chemii, wolałam dyskutować o świecie politycznym na WOSie. Mimo to zawsze osiągałam taką średnią, że nie dość, że mi to pasowało, to jeszcze mojej ambitnej mamie również ;)

Pamiętam kilka sytuacji, gdzie autentycznie i w sposób wcale nie wyolbrzymiony, czułam jakąś wyższą siłę, która mnie ratuje. Może to Bóg, może mój Anioł Stróż, Tata, a może po prostu Los.

Cały ten proces wpadania w tarapaty, duże czy małe, a potem wychodzenia z nich najczęściej bez szwanku (przez jakiś tam mój spryt, cwaniactwo i zwyczajne szczęście) potęgował tylko u mnie poczucie mocy, sprawczości i siły.

Dorosłość – zderzenie dziecka szczęścia ze światem dorosłych problemów.

Nie jest łatwo być dzieckiem szczęścia. Ktoś, kto bezczelnie wyzywa świat na pojedynek, za każdym razem zgarniając profity, w końcu się na to natnie.
Można komuś napluć w twarz, raz, dwa, może nawet trzy, lecz w końcu ktoś Ci odda, ze zdwojoną siłą, niespodziewanie.

Gdy coś się udaje, oprócz informacji, że masz zapewne kupę szczęścia, otrzymujesz informacje, że jesteś zajebisty i możesz to powtórzyć. Pewność siebie budowana od dziecka może przynieść wielki sukces, albo wielką porażkę. Jedno z dwóch, nie ma nic po środku. Nie lubię „po środku”.

Dorosłe życie kopie mocniej, niż dwója z chemii w gimnazjum. 
Musisz zarabiać, radzić sobie z tysiącem nowych sytuacji, mierzyć się z totalnie nowymi problemami, większymi, straszniejszymi, musisz znać się na prawie, by nie podpisać niekorzystnej umowy najmu, by nie dać się wydymać ZUSowi (on wciąż to robi!), musisz nauczyć się gotować, by nie umrzeć z głodu, wsiadać do właściwego tramwaju, dzielić czas na wszystkie obowiązki, samodzielnie rezygnować z rzeczy, których „teraz nie, może później”. Znasz to?

Tak, ja też. To i wiele innych. Ale jest mi trudniej niż niektórym, bo wszystko mi się w życiu udawało. Gorzej znoszę porażki i bardziej bolą mnie absurdy. A najgorzej, gdy coś nie zależy ode mnie, gdy mój spryt małej dziewczynki nie pomaga mi przeskoczyć pewnych życiowych, dorosłych spraw. Wtedy kopie po dupie, mocno.


Ale… uczono mnie sobie z tym radzić. Powoli akceptuję fakt, że nie jestem największym szczęściarzem na świecie i będą się działy rzeczy, które mnie dotkną, w negatywnym znaczeniu. Ale może bycie największym szczęściarzem na świecie wcale nie wyklucza takich sytuacji, a przeciwnie, tworzy je, by móc konsekwentnie je przeskakiwać. Przychodzą problemy, a ty wciąż dajesz sobie z nimi radę, już nie tylko dzięki dziecięcemu sprytowi, ale wypracowanej na masie doświadczeń sile.

sobota, 20 września 2014

A jeśli jutra nie będzie?

Dziś miałam bardzo intensywny dzień. Wstałam dość wcześnie i dość wcześnie wyszłam z domu, postanowiłam bowiem spędzić dzień aktywnie – na rowerze. Zdecydowanie obiecuję sobie, że jutro też pójdę na rower.
Odwiedziłam ulubioną lodziarnię zamawiając dwie gałki swoich ulubionych lodów. Jutro zamówię trzy, nie po to się tyle ruszam, żeby się ograniczać przy jedzeniu ulubionych lodów ;)
Później ruszyłam dość szybkim tempem w kierunku lasku, gdzie zawsze spalam kalorie po lodach. Najpierw szybka jazda po leśnym poszyciu, robię przystanek na siłowni na świeżym powietrzu i kilka szybkich ćwiczeń, potem jazda dalej, w głąb, by odkryć nową miejscówkę – piękny staw.  Jest bosko, pogoda wymarzona, promienie słońca odbijają się w tafli wody, jakaś para ma właśnie swój plener fotograficzny, a ja zajęta jestem podziwianiem piękna przyrody i budzącej się do życia jesieni. Siedzę na ławce, dzwoni Sebastian, opowiadam z przejęciem, jak tu ślicznie i obiecuję, że jak wróci z konferencji to go tu zabiorę, jutro.
Wracam zmęczona do domu, wstępując jeszcze po drodze do biedronki, z polecenia mojej mamy biorę pierogi, których przygotowanie wymaga podobno 2 minuty, czym jestem zachwycona, bo nie mam czasu na stanie dzisiaj przy garach. Mijam stoisko z rybami, postanawiam jutro zrobić sobie łososia z piekarnika.
Po obiedzie chcę poleżeć dla odmiany i odpocząć. Znów biorę rower i jadę do parku w centrum miasta. Ok, jutro trochę popracuję, może też leżąc, ale efektywnie ;)
Jest całkiem przyjemnie, wyłączając ciągły huk, gdzieś w oddali. Na szczęście długo nie muszę zastanawiać się, co to, bo za kilka minut widzę już na niebie znajomy widok odrzutowców wojskowych. Nie robią one na mnie zbytniego wrażenia, bo wiem, że nieopodal znajduje się baza wojskowa, gdzie stacjonują.
Jest koło 17 i decyduję się wracać do domu, może jutro zostanę dłużej. Nie mam daleko. Żeby nie słuchać klaksonów samochodowych, przypadkowych rozmów ludzi, czy sunących po torach tramwajów, włączam sobie radio. Wybija akurat pełna godzina, więc trafiam na wiadomości dnia…
Rosja. Stało się coś, czego wszyscy się obawialiśmy. Wojska rosyjskie wkroczyły na teren Unii Europejskiej, przekroczyły granicę z Polską o 16:15. Piechota lądowa jest w drodze na Warszawę, częściowo już zbombardowaną przez szybciej poruszające się oddziały lotnicze. Reakcja – obrona. Unia zwołuje natychmiastowe posiedzenie kryzysowe. Padają szybkie decyzje, dla nas, bo dla rządzących te decyzje zaplanowane były od dawna, już wtedy, gdy nastąpił konflikt na Ukrainie. Samoloty, które widziałam leżąc na trawie w parku, przecinające brutalnie bezchmurne niebo, to jednostki szybkiego reagowania wysłane w rejony Warszawy.
Siadam załamana i wsłuchana w głos dziennikarza radiowego, jednocześnie zastanawiając się, co mam robić. Wrócić do domu, jak gdyby nigdy nic? Muszę zadzwonić do mojego Sebastiana! Przecież jest na konferencji bliżej wschodniej granicy, niż ja teraz. Jestem przerażona. Nie mogę się dodzwonić, ani do niego, ani do mamy. Łącza telefoniczne nie wyrabiają przy tak dużym natężeniu rozmów. Wracam do domu, u sąsiada obok słyszę telewizor rozkręcony na cały regulator, drzwi są otwarte, a w środku dostrzegam jego i innych sąsiadów. Wołają mnie do środka. Siadam tuż obok ośmioletniej córki sąsiada wbitej w kanapę, której jak dotąd beztroskie oczy, teraz spowite są przerażeniem. Oglądamy migające ujęcia – strzały, bomby, naloty. Wszystko sklecone na szybko, jakby kamerzysta bał się, że może nie przeżyć, jak film, który nagrał swoim sprzętem.
Tyle rzeczy planowałam zrobić jutro, ale przerwała to wojna.

Wbrew pozorom nie jest to wpis dotyczący „nie odkładaj rzeczy na jutro”. Chociaż może trochę także.
Gdzieś na świecie zawsze toczy się wojna. Każdy z nas potrafi wymienić chociaż kilka takich miejsc na kuli ziemskiej. Zawsze jest to nie w Polsce, dopiero Ukraina jakoś bezpośrednio nas dotyczy, dotyka. Ale wojna to nie tylko atak jednego państwa na drugie, nie tylko wielotysięczne wojska wysłane, by zawłaszczyć dla siebie jakiś rejon świata. Ja rozumiem wojnę w sposób szerszy.  To przemoc, znieważenie, konfrontacja,  niepokój, kłótnia, starcie, walka, czyjaś krzywda.
Siedzę sobie w parku i spoglądam na przechodzących ludzi. Każdy z nich toczy jakąś wojnę – swoją osobistą. Matka z dzieckiem walczy z ojcem dziecka o prawa do opieki; starsza kobieta walczy z państwem o zasiłek pielęgnacyjny, by wykupić sobie leki; student walczy z właścicielem mieszkania o zwrot kaucji, z której został okradziony; biegnąca kobieta z nadwagą walczy z uprzedzeniami; niepełnosprawny na wózku walczy z barierami architektonicznymi i znieczulicą ludzi. Ty też walczysz, ze światem, z drugim człowiekiem, z samym sobą także. Codziennie wstajesz i toczysz walkę o lepsze życie, swoje przekonania, idee, wizje, przeciwko uprzedzeniom, nietolerancji, znieczulicy, biedzie.
Każdy z nas ma także plany dotyczące jutra. Nawet te błahe, by zjeść na obiad łososia, czy pokazać ukochanemu piękne miejsce, żeby razem je podziwiać. Mamy cele, marzenia, niektóre głośno wypowiadane i silne, inne ciche i nieśmiałe. To bez znaczenia, wszystkie są jak domek z kart, można je zdmuchnąć. Mogą zniknąć, nie stać się realne.
To, co próbuję Ci powiedzieć jest proste. Każdy z nas ma jakieś swoje jutro. Każdy ma też jakąś swoją wojnę, którą toczy. Niezdarny chłopiec codziennie idzie ze swoją piłką na osiedlowe boisko, by pokopać do bramki. Kocha ten sport, ale nie ma okazji być w nim mistrzem, bo zanim kopnie piłkę, śmieją się z niego inni chłopcy, kuli się w sobie i wraca do domu. Przegrał swoją wojnę, po raz kolejny, może już nigdy nie chwyci piłki w ręce.  On marzy po prostu, by jutro móc tam pójść, dziewięć razy nie trafić, by za dziesiątym razem oddać strzał stulecia, który zapewni mu uznanie i sympatię kolegów z boiska.

Każda wojna jest zła, niszczycielska. Rujnuje wszystko, co spotyka na swojej drodze, niszczy plany, idee, cele małe i duże, niszczy to, co ma nadjeść jutro.  A co do jutra? Każde jutro zasługuje na to, by się ziścić, nadejść i wywołać uśmiech na Twojej twarzy. Niech żadna wojna nie zdoła tego zniszczyć. 





sobota, 6 września 2014

To nigdy nie będzie blog dla zazdrosnych ludzi.


-Kiedy wylatujesz?
-Za 3 dni.
-Ale fajnie!
Zarówno Wera, która teraz już pewnie jest w swoim ukochanym Szanghaju, jak i Lucy, która jest na kursie w Bostonie, robią coś o czym marzę- podróżują po świecie. Jeśli jeszcze dorzucić do tej gromady wszystkie znane mi modelki, które obecnie opanowały stolice mody, to mamy pokaźną gromadkę ludzi, którym mogę zazdrościć.
No właśnie, ale czy na pewno?
Zazdrościmy najczęściej tego, czego sami nie mamy, czego brak najbardziej nam doskwiera. Czasem są to tęskne spojrzenia w stronę ‘bardziej zielonego ogródka sąsiada’, a czasami pełne nienawiści podejście do ludzi, którym coś w życiu się udało. Można powiedzieć, że czasami zazdrość może być zdrowa, właśnie taka, która motywuje, napędza nas do działania, by osiągnąć coś, czego my nie mamy, a ma ktoś inny. I tak, patrząc na rzesze moich znajomych i ich zagraniczne wojaże, mogę albo ich przekląć, albo…
Jaką mam alternatywę? Podziw? Nigdy nie podziwiałam kogoś ze względu na to, co posiadał. Absolutnie nie rusza mnie czyjś nowy ciuch, samochód, dom. Uwielbiam ludzi, którzy coś w życiu osiągają. Jeszcze bardziej tych, którzy robią to własnymi rękoma, a nie za sprawą bogatego tatusia, który całe życie harował, żeby jego córeczka mogła mieszkać w pięknym mieszkaniu i nie umie potraktować tego, jako przewagę na starcie, nie potrafi tego wykorzystać. Nie zrozumcie mnie źle, sama bardzo bym się cieszyła, gdybym dostała od kogoś mieszkanie, chodzi mi tylko o to, że rzadko kiedy prezenty podane na złotej tacy, dodatkowo bardzo drogie, są dobrze owocujące; mało kto wykorzystuje to jako potencjał, który rozwinie i który zakwitnie w przyszłości, by wydać owoce.
Moją alternatywą jest radość, że komuś coś w życiu wychodzi i motywacja, by mi się też coś, o czym marzę udało.
Nie mam wątpliwości (mimo, że mogę powiedzieć, że na chwilę obecną jestem szczęśliwa), że wszystko, co dobre, jest jeszcze przede mną. W tym roku nie miałam kasy nawet na wakacje nad Bałtykiem, ale za rok… za rok wszystko może się zmienić. Niezmiennie wierzę w moc marzeń, staram się jednak marzenia zamieniać w cele. Cele są do realizacji. Mam cel – to brzmi lepiej.
Nauczyłam się wyznaczać sobie cele, które zrealizuję, ale nie traktuję przy tym siebie nazbyt surowo. Potrafię powiedzieć sobie, że ten rok jest rokiem, gdzie nic się nie zmieni, a może nawet będzie jeszcze gorzej, by potem mogło być lepiej. Nauczyłam się tego przy moim jakże cierpliwym S. Zatem, gorąco wierzę, że za dwa lata będę pisać do was z jakiegoś przyjemnego miejsca na Ziemi, gdzie zamiast przejmować się NFZ, składkami ZUS, czynszem za mieszkanie i tym, że samochody nie jeżdżą na wodę; będę robić, co kocham, z osobą, którą kocham, w miejscu, które będę witać uśmiechem na twarzy codziennie rano.
Ostatnio bardzo zapadły mi w pamięć słowa jednego z czołowych polskich blogerów, który o swoim blogu napisał: „to nigdy nie był blog dla ludzi z reklamówkami z Biedronki. Nawet wtedy, kiedy sam z nimi chodziłem”. Niewielu ludzi potrafi, pomimo siedzenia w marnej sytuacji sięgać wyżej, chociażby swoimi myślami i wierzyć, że za myślami biegną ich realizacje.
Tak więc, nie jest to blog dla ludzi, którzy zazdroszczą, plują jadem na kogoś, komu się coś powiodło, udało w życiu; a sami tkwią w swoim osobistym bagienku.
Nie zazdroszczę ani Weronice, ani Adze, ani moim modelkom. Cieszę się i trzymam za wszystko, co robią kciuki. Może to dlatego, że sama też chciałabym być tak potraktowana, gdy będę realizować swoje cele. Rzesze hejterów to w rzeczywistości bardzo sfrustrowani ludzie, którzy mają za mało odwagi, by sięgać po swoje marzenia.
Moje konto oszczędnościowe po zakupie samochodu świeci niesamowitymi pustkami. Winą za to obarczam właśnie moje biegające bardzo daleko myśli. Naprawdę wolę iść w tym miesiącu na sushi, niż odłożyć tę stówkę. Lubię, podczas rowerowej wycieczki, wskoczyć na lody i nie patrząc na cenę gałki, wziąć od razu cztery! Wolę mieszkać z moim narzeczonym w wielkim mieście, daleko od rodzinnych stron, by korzystać z jego wszystkich możliwości, wynajmować cholernie drogie mieszkanie, niż odkładać na wkład własny do kredytu, mieszkając u mamusi, czy to jego, czy mojej; nie dojeżdżając do pracy czy na uczelnie dwie godziny. Chodzi o standard, jaki sobie wyznaczyliśmy.

Podziwiam osoby, które potrafią oszczędzać  na jakiś wyznaczony sobie cel. Sami też tak zrobiliśmy, gdy zapragnęliśmy auta. I chociaż doceniam poczucie bezpieczeństwa i komfortu, jaki dają oszczędności, nie lubię rezygnować i ograniczać się nazbyt; myślę, że jesteśmy świetni w życiu na wyższym poziomie, dlaczego więc mamy się ograniczać? O wiele bardziej lubimy się do niego przyzwyczajać, czekając na czas, gdy takie życie polubi nas równie mocno, co my je ;)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

I żyli długo i szczęśliwie

Od razu muszę zaznaczyć- istnieją szczęśliwe małżeństwa i chwała im za przywracanie mi wiary w tę instytucję!
Ale... są też takie, które są, bo są. Bo już się przysięgło i koniec, kropka. 
Zacznijmy od tego, że bardzo nie lubię sakramentu spowiedzi, coraz bardziej go nie lubię, do tego stopnia, że unikam. Najpierw powodem było to, że od zawsze uważałam, że to totalnie bez sensu mówić jakiemuś kolesiowi, że rzuciłam sobie "ku*wą" po uderzeniu się w małego palca, czy że biorę tabletki, których kościół zabrania, równie mocno, co zabójstwa. Dlaczego mam mu to mówić, a on ma tego słuchać? Czy nie powinien teraz zbierać datków na sieroty, czy pomagać anonimowym alkoholikom? Jest tyle do naprawienia na tym świecie! 
Szala goryczy przebrała się, gdy pewien koleś w czarnej sukience dał mi do zrozumienia, że mieszkając z moim chłopakiem pod jednym dachem, śpiąc w jednym łóżku, jestem gorsza niż pan, wracający z pracy do domu, narąbany, traktujący żonę lewym sierpowym w drodze do łóżka- ONI MAJĄ ŚLUB! Są małżeństwem.
I to właśnie powód, przez który powstał ten wpis.
Mój związek uważam za najpiękniejszy na świecie. Wiecie, że gdy rano się budzimy, ścigamy się, kto pierwszy powie tej drugiej osobie "kocham Cię"? Piękne, prawda? Mogłabym wyliczać takich naszych słodkości jeszcze wiele, ale nie o tym miało być ;) Poza tym nie mam na celu, by pokazać wszystkim innym parom, że jesteśmy lepsi od nich.
Społeczny nacisk na tę formę przysięgania komuś miłości sprawia, że ślub jest na mojej liście rzeczy "do zrobienia" obok "wizyta u dentysty", "zapłacić ZUS". 
Oczywiście żyje we mnie nadal ideał romantycznego przysięgania, w białej sukni niczym księżniczka, u boku swojego księcia, który odnalazł mnie na tym złym świecie- to jedyny powód, dla którego ślub jeszcze rozważam, a nie już odrzuciłam.
Co na to reszta świata? Moja najbliższa reszta świata, z której zdaniem się liczę, bo dalsza reszta świata nie ma nic do gadania ;) , bardzo dosadnie pokazuje mi, że ślub trzeba wziąć, nie ma w ogóle opcji, że nie. To jaki on będzie, kogo zaproszę, gdzie będzie to drugorzędna sprawa, nie wnikają. Ale że ma się on odbyć i to jak najszybciej (i że kościelny! Koniecznie!)  jest mi przypominane przy każdej rodzinnej nasiadówie. 
Obracam się w kręgu ludzi, którzy śluby już wzięli. Niektórzy nawet stanowczo są przeciwnikami tego typu instytucji, gdy już swój ślub mają za sobą :P Mówią, że po ślubie wszystko się zmienia, że nie jest już tak samo.
Zastanawiam się, dlaczego. Jak wszystko może się zmienić, tylko z tego powodu, że powiedziałeś drugiej osobie, przed setką zgromadzonych ludzi, w kościele, czy USC, że ją kochasz i nie odpuścisz? Czy to, że kochasz i nie opuścisz nie było wymawiane nigdy wcześniej? Czy to pierwszy raz? Pewnie nie. A więc co się stało?
Myślę, że powodem tego, że po ślubie coś się zmienia jest to, że ślub jest taką swoistą granicą, gdzie zaczyna się wszystko „na poważnie”. W wielu przypadkach dopiero po ślubie zamieszkujemy razem, dopiero wtedy dowiadujemy się, że on nie umie robić prania, albo rozrzuca skarpetki po podłodze, że ona, gdy ma okres leży przez pierwsze jego dni w dresie, tłustych włosach i z termoforem na brzuchu, albo że nie robi co weekend pysznych babeczek i nie podaje ci piwa przed telewizorem, jak za czasów, gdy byłeś gościem w jej rodzinnym domu. Często dopiero po ślubie zaczyna się prawdziwe wspólne życie, wspólne rachunki za prąd, kompromisy, czy w tym miesiącu kupić sobie spódniczkę, czy jemu spodnie, czy wigilię spędzić u jego, czy jej rodziców. Potem pojawiają się dzieci, jeszcze bardziej daje o sobie znać prawdziwe życie. Nagle nie ma się już dla siebie tyle czasu, tematy rozmów kręcą się wokół promocji na pampersy w marketach i planach na wakacje nad Bałtykiem.
Nie twierdzę, że to prawdziwe życie nie ma swoich uroków, że nie może być szczęśliwe, ale często jest zderzeniem z wyobrażeniami o drugiej osobie, która codziennie zasypia obok ciebie, o waszym wspólnym życiu.
Ja po trzech miesiącach spotykania się z moim S. nie miałam wątpliwości, że czas razem zamieszkać. Było to tak całkowicie naturalne, że po prostu tak wyszło. Wiem teraz, że po ślubie nie doznam szoku, widząc jakieś tam nawyki i cechu mojego narzeczonego.
Dlaczego więc nie pozwolić młodym ludziom na dawkowanie sobie wspomnianego prawdziwego życia, wchodzenia w nie, krok po kroku, schodek, po schodku? Chociaż kocham każdy aspekt naszego wspólnego życia, nie wyobrażam sobie dostać to wszystko w jednym dniu- dzień po ślubie. Taka dawka prawdziwego życia może być przytłaczająca ;) To może być powód, przez który wszystko się zmienia.

Pozwolę sobie jeszcze trochę czasu pobyć szczęśliwą narzeczoną, poznawać się nadal, spędzać godziny na wspólnych rozmowach, tworząc nasz mały rodzinny dwuosobowy świat. Oprę się sprytnymi wymówkami tematom ślubu. Na wszystko przyjdzie czas. A i uważam, że gdy już przyjdzie czas naszego przysięgania, to będziemy lepszym małżeństwem, niż wiele mi znanych, bo nie będzie w tym pośpiechu i nie będzie to zrobione pod presją świata, lecz naturalnym kolejnym krokiem w naszej wspólnej podróży ;) (ale romantycznie zakończyłam, ach! :P)

niedziela, 3 sierpnia 2014

Dlaczego tylko chude, wysokie?

Świat modelingu, mody, fotografii, kampanii modowych i kolorowych magazynów.
Dostęp do tego świata od strony twórcy (fotografa, projektanta) jest nieco łatwiejszy, wystarczy szczypta talentu, dużo pracy, szczęścia, silnych nerwów i samozaparcia. Tylko tyle, aż tyle. Można się nauczyć robić dobre zdjęcia, projektować niesamowite ciuchy, wypracować w sobie cechy, które są pożądane w tych profesjach. Dodać szczyptę nietuzinkowości, artyzmu, kontrowersji i... znajomości, a sukces mamy w kieszeni. 
Inaczej sprawa się ma jeśli chodzi o modelki. Niezaprzeczalnie najważniejszym argumentem w kwestii, czy dziewczyna się nadaje czy nie, jest wzrost. Min. 173 cm. Czasami jest to naginany wymóg, jeśli ma się to "coś", ale... rzadko ;) Myślę tu np. o Kate Moss (170 cm, niektóre źródła twierdzą, że nawet 168 cm)
Drugim argumentem są wymiary. Ideał?
Anja Rubik: 85-60-88 (biust-talia-biodra) przy wzroście 179 cm
Magdalena Frąckowiak: 86-59-88 przy wzroście 179 cm
Zuza Bijoch: 81-61-88 przy wzroście 178 cm
JAC: 80-58-89 przy wzroście 181 cm
Małgosia Bela: 87-60-90 przy wzroście 179 cm
Oczywiście warto mieć też ciekawą twarz i niesamowitą osobowość! ;)

Co sprawia, że chcemy wyglądać jak one, dążymy ślepo za tym standardem?
W każdym dziesięcioleciu zmieniała się wizja, jak kobieta wyglądać powinna, by być idealną. Media kreowały inny wzorzec ideału, a kobiety za nim podążały. 
W latach 50-tych ideałem kobiecości była Marylin Monroe oraz Brigitte Bardot. Był to okres bogini płodności i ciał stworzonych do rodzenia gromadki roześmianych maluchów- duże biodra, trochę tłuszczyku na brzuchu, większa, kształtna pupa, oraz piersi, które mają wykarmić tę potencjalną gromadkę dzieci. 
Sprawa ideału przybrała trochę inny obrót w latach 60-tych. Kobiety zyskały więcej samoświadomości, samodzielności, niezależności. Świat podbijała pigułka antykoncepcyjna. Chłopięca sylwetka, brak szerokich bioder nabierają na atrakcyjności. Stają się one symbolem wolności, beztroski, niezależności, bez obowiązku rodzenia dzieci i trudów ich wychowania. Przypomnijcie sobie Audrey Hepburn i Twiggy, a ujrzycie ideał tamtych czasów!
Ten nurt trwa do dzisiaj, nie wróciła moda na kobietę-rodzicielkę. Dekada '70-'80 przyniosła nam nieco więcej piersi niż za czasów Audrey. Prym wiodły typy urody, jak u Farah Fawcett, czy Naomi Campbell i Cindy Crawford. 
Lata 90-te wniosły nieco alternatywności, grunge'u za sprawą takich typów urody, jak Kate Moss, czy Winona Ryder. Zrobiło się nieco mniej kobieco, ale dużo bardziej hipnotyzująco i ekscentrycznie. Oczywiście obok tego nurtu wciąż gdzieś obok trwała moda na coraz większy biust, sylikony miały się w najlepsze (Pamela Anderson).
Obecnie nadal trwa kult szczupłego ciała. Dążymy do perfekcji, chcemy mieć jędrne, kształtne pupy, delikatny sześciopak, a piersi zyskują naturalności, bo nawet silikony przybierają bardziej ludzkie rozmiary (c,d). Odżywiamy się zdrowo, ćwiczenia fizyczne na stałe zagościły w naszym planie tygodnia. Kto "rządzi"? Dziewczyny w typie Gisele! Oczywiście w dzisiejszych czasach uwielbiamy mieszać wszystko i miksować, dlatego teraz spotkacie  także wielbicieli rubensowskich kształtów, kobiecych sylwetek w rozmiarze 38-40, i androgenicznych piękności.

Modelki wpisują się w nurt Twiggy, Kate Moss i Gisele. Chudość, duży wzrost, długie nogi od dawna wiodą prym na wybiegach. Może trochę zmienia się natężenie tego zjawiska, bo chudość staje się coraz większą chudością, a Paryż co roku z miarą w ręku odsyła do domu rzesze młodych modelek, które pragną pójść w FW, ale nie pójdą, bo są za grube, lub jak kto woli- niedostatecznie chude. 

Odpowiedzi na pytanie, dlaczego takie chude i wysokie jest kilka. 
Niektórzy tłumaczą to zamiłowaniem do chłopięcych sylwetek przez projektantów, którzy w większości są homoseksualistami. Inni twierdzą, że przyczyn tej chudości trzeba szukać w oszczędności- chude ciało = mniej materiału na ciuch. 
Osobiście najbardziej skłaniałabym się do stwierdzenia Karla Lagerfelda (<3), że na chudych i wysokich sylwetkach ciuchy wyglądają lepiej, chudzielce lepiej prezentują ciuchy, nie odwracając od nich uwagi zaokrąglonymi liniami ciała. Tak po prostu jest i mogą się oburzać wszystkie większe laski. Pokażcie mi dziewczynę w rozmiarze 40 dobrze wyglądającą w leginsach, albo w plisowanej kiecce, albo w poziomych pasach. Nawet jeśli taką znajdziecie, to będzie ona miłą dla oka rzadkością. Nie twierdzę, że piękny jest tylko rozmiar zero, ale to, że modelka powinna być chuda, chcąc prezentować ciuchy. 
Uwielbiam kampanie Dove dotyczące podkreślania, że ideał kreowany przez media trzeba brać przez palce. Że piękno niejedno ma imię, a zadbana kobieta w rozmiarze większym niż 40 może być atrakcyjna. 
Jednak kwestia chudości modelek jest inną kwestią. Jest kwestią miliardowego biznesu, który chce sprzedać swój produkt, dlatego stosownie go eksponuje. 
A Ty? Nie masz się głodzić, robić sobie operacji wydłużenia kończyn, goniąc niedościgniony wzorzec z okładki magazynu. Masz po prostu kupić ten ciuch. Nic więcej. 
A wy, moi drodzy mężczyźni, nie muszą wam się podobać modelki, możecie wszędzie wypisywać "facet nie pies, na kości nie poleci", nikt wam nie każe uganiać się za modelkami, a do czynności typu "fap, fap" służą inne magazyny niż te modowe ;)

A tu kilka moich chudzielców :*











środa, 30 lipca 2014

Nie kochasz siebie, to jak chcesz pokochać kogoś innego?

Czy kochasz siebie? Własną osobę? Swoje ciało, psychikę, charakter?
Po tylu latach patrzenia na świat, miłość do samego siebie stała się dla mnie głównym kryterium dotyczącym wchodzenia w związki.
Samoocenę budujemy w dzieciństwie. Wynosimy ją z domu, najbliższego otoczenia.
Na początku dziecko jest cenne z jednego jedynego powodu: JEST. Po prostu.
Dopiero później wchodzi ono w system społecznych osądów, opinii na swój temat. Próbuje sprostać wymaganiom, jakie są mu stawiane na różnych etapach życia. Jeśli się mu to udaje, dostaje informacje zwrotną od świata typu: "poradziłeś sobie, jesteś świetny!". Natomiast gorzej sprawa się ma, jeśli dziecko nie może z różnych powodów sprostać stawianym przez świat wymaganiom, jeszcze gorzej, gdy zamiast pochlebnego dopingu i docenienia, usłyszy: "nie dałeś sobie z tym rady, chyba coś z tobą nie tak", "na drugi raz bardziej się postaraj!", "jesteś nic nie warty, skoro nie potrafisz tego zrobić".
Tak wyposażone dziecko rusza w świat. Albo wierzy w siebie, albo nie, albo kocha siebie, albo nie.
Miłość do siebie, niestety nie sprzedawana jako suplement diety, sprawia, że po prostu zwyczajnie łatwiej się żyje. W lustro patrzysz z uśmiechem, myślisz o sobie normalnie, zdrowo, bez zbędnej nieuzasadnionej krytyki.
Niska samoocena blokuje. I to na każdym kroku. Nie rzucisz pracy i nie poszukasz lepszej, bo przecież i tak się nie uda. Nie poprosisz o podwyżkę, bo taki beznadziejny pracownik, jak ty na nią nie zasługuje. Zgadzasz się na 3 z odpowiedzi z historii, chociaż się uczyłeś, bo przecież ktoś z takim sposobem wypowiadania się nie może dostać więcej niż 3! Nie zagadasz do kolesia w autobusie, bo... Bo co? Krzywo się na ciebie spojrzy, wyśmieje cię, albo sobie coś pomyśli.
Znasz to? Związki nie są dla ciebie.
Dlaczego jakiś drugi człowiek ma być obarczony twoim wewnętrznym poczuciem nieszczęścia, winy, niższości. Dlaczego on ma codziennie rano zapewniać cię, że w tej sukience naprawdę nie wyglądasz grubo, dlaczego ma namawiać, abyście dzisiaj uprawiali seks przy zapalonym świetle, dlaczego ma codziennie dopingować cię, byś wreszcie poszedł do szefa i zażądał podwyżki, bo "ZASŁUGUJESZ na nią!", dlaczego ma brać na siebie ciężar napędzania twojego życia do przodu?
Dlaczego ma wierzyć w twoje "kocham cię"? Czy ty wiesz, czym jest w ogóle miłość? Na jakich fundamentach zbudowałeś swoją o niej wiedzę? A może kochasz tę drugą osobę za samą jej obecność, bo jesteś tak beznadziejny, że nie umiesz wymagać czegoś więcej?
Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Mam tylko wrażenie, że faceci nieco bardziej kamuflują niską samoocenę, chowają to głębiej i ujawnia się to w innych aspektach życia. U kobiet jak na dłoni widać, że ona nie lubi swojego ciała, że idzie po raz enty do łóżka z żonatym, bo nie wierzy, że zasługuje na normalny, szczęśliwy związek.
Prosty łańcuch przyczynowo-skutkowy pokazuje prostą zależność: kochasz siebie - wierzysz, że na coś zasługujesz - sięgasz po to.
Taka osoba nie zadowala się ochłapami. Nie wiąże się z facetem, który ją bije, wyzywa od dziwek, nie ma perspektyw, albo z kobietą, która z przyjaciółkami obgaduje długość jego członka. Taka osoba woli poczekać, bo wierzy, że zasługuje na coś lepszego, a na niektóre lepsze rzeczy trzeba poczekać. Wyłuskać je z masy tandety, kiczu, popularnej taniości.
Zbuduj najpierw siebie, naucz się siebie kochać, wymagać od świata lepszych rzeczy dla siebie, przyciągać szczęście na zewnątrz można tylko szczęściem wewnątrz siebie.
No... to teraz przyznać się, kto siebie kocha, kto nie marudzi swojej drugiej połówce "jestem do niczego", a ta druga połówka musi zaprzeczać, chociaż powinna kopnąć was wtedy w dupę? :)

niedziela, 27 lipca 2014

Młode matki kontra ja.

Narodziny dziecka.

Super, gratulacje! No dobra, żeby nie było, że jestem totalnie nieczuła- zazwyczaj do tego moment brak u mnie irytacji, pogardy. Znikome jej początki pojawiają się wraz z milionem zdjęć Waszych dzieci na fejsie. Dzieci są słodkie- ok, może nawet tak. Ale no bez przesady! Poza tym tylko część matek ogranicza się do umieszczenia nienarzucającego się zdjęcia swojej pociechy. Mam tutaj na myśli NORMALNE zdjęcie, bez całej głowy umazanej ohydną mazią. Zdecydowana większość matek musi mi przy tym sugerować, co mam o ich dziecku myśleć,  jakie ich dziecko jest. Bo przecież sama nie mogę tego ocenić, jestem NIEOBIEKTYWNA, nie to co ona... Tak więc pod zdjęciem: "moja księżniczka", "czyż nie jest wspaniała!?", "kochany synuś mamusi", itp. Jeszcze jakoś znoszę te fotki i te podpisy. Oddycham głęboko i próbuję sobie tłumaczyć, że hormony, że szok poporodowy, że też mogę taka być... Zaraz, nie, taka nie będę!
Naprawdę kolosalna różnica w moim mierniku tolerancji pojawia się, gdy matki sugerują całemu światu, zwłaszcza tej bezdzietnej części, jaka powinna być matka, jak powinna wychowywać swoje dziecko, jak się nim zajmować, co jest dla niego najlepsze, a co nie. Nie liczy się zdanie całego świata, nikogo, no chyba, że jest pełnym aprobaty potwierdzeniem bycia przez nią idealną matką.
I tak dowiaduję się cudownych rzeczy, od których mam ochotę rzucić w kąt tabletki antykoncepcyjne, zajść w ciążę, urodzić i ślepo podążyć za jej radami wychowawczymi, by być chociaż w połowie taką wspaniałą mamą, jak ona.
Powinnam oczywiście karmić piersią. To bezdyskusyjne. Możecie sobie tu wypisać wszystkie zalety tego faktu, większość pewnie znam, pewnie sama też wybiorę ten sposób karmienia, bo jest dla dziecka najlepszy, ale nikt mi nie wmówi, że jest to aż taki cud! Te wszystkie matki ci nie powiedzą, ani nawet nie dadzą po sobie poznać, że to czasami boli, że puchnie, że się zatyka, że mokro i nie można założyć swojej ulubionej seksownej bielizny. Zresztą po co?
Poza tym nigdy nie zrozumieją, że nie mam ochoty oglądać ich obrzmiałej piersi, wyciąganej niby ukradkiem przy imieninowym stole. Przecież dziecko nakarmić trzeba! Wiecie, że powstał nawet Komitet Upowszechniania Karmienia Piersią? To może oznaczać tylko coraz więcej obrzmiałych piersi przy stołach imieninowych!
Niezmiernie denerwuje mnie fakt, że macierzyństwo jest owiane nutką anielskiego błogosławienia, polane lukrem i dosłodzone ilością cukru, która może zabić wszystkich cukrzyków stąpających po tej planecie.
Rozumiem, że przyjmując za fakt cud narodzin, wady macierzyństwa schodzą jakby na drugi plan. Bardzo daleki drugi plan.
Żadna z tych matek nie powie ci, że nie dosypia od momentu narodzin dziecka, nie dojada też, ba nawet kąpiel brała ostatnio 4 dni temu. Włosy można upiąć w kitkę i rozczesać za tydzień po obfitym popsikaniu mgiełką ułatwiającą rozczesywanie. Seks? Dawno, w czasach, gdy starali się o swoje maleństwo.
Zresztą teraz jesteś Matką. Matka poświęca całą uwagę dziecku. Mam wrażenie, że rodząc dziecko, wraz z nim wyrzucasz z dróg rodnych kawałek siebie. Siebie jako kobiety, osoby, indywiduum. Nagle twój facet mówi do ciebie "Matka, chodź się poprzytulać", a ty nie widzisz nic dziwnego w tym, że nie mówi do ciebie, jak kiedyś, odeszło gdzieś "słonko", "kochanie", nawet twoje imię dawno nie było przez niego wypowiadane. Nie zauważasz tego, bardziej skupiając się na tym, co on od ciebie znów chce, że odciąga cię od czynności związanych z twoim maluszkiem.
No właśnie, TWOIM- matki mają to do siebie, że sukcesywnie budują swoje zapory, swój wspólny z dzieckiem front. Facet ma pracować, żeby wyżywić ciebie i dziecko. Ewentualnie wziąć je na ręce, gdy musisz iść siku, ale tylko na chwilę, bo przecież on tak nieporadnie je trzyma, jeszcze upuści. Wszystkie czynności przy dziecku ty wykonujesz lepiej, wyrywając mu pampersa z rąk jeszcze zanim zdążył go chwycić. Oczywiście nie omieszkasz przy znajomych i rodzinie, koniecznie przy jego mamusi, wspomnieć ukradkiem, że tak mało czasu poświęca maleństwu, zaniedbując rolę ojca, wszystko zrzucając na twoje barki. Jesteś przecież matką-bohaterką.
Drogie młode mamy, proszę was zatem, nie atakujcie mnie zdjęciami waszych pociech wrzucanymi WSZĘDZIE, zwłaszcza tymi niezbyt korzystnymi, nie wmawiajcie mi wyższości waszego dziecka nad innymi i waszej nad innymi matkami, nie atakujcie piersią, gdy zajadam tort imieninowy cioci Zosi, nie opowiadajcie jak to wspaniale być matką, zamiatając pod dywan niemiłe aspekty macierzyństwa. Chcę znać też drugą stronę medalu, to pozwoli mi lepiej się do wszystkiego przygotować. Chciałabym też, żebyście zadbały o siebie, przeczytajcie książkę, którą porzuciłyście niedokończoną po porodzie, zróbcie coś dla siebie, poczujecie się lepiej, wy i wasze maluchy także, zapewniam, że wolą mieć szczęśliwą, zadbaną mamę. W czasie jak będziecie malować paznokcie pozwólcie tacie zająć się dzieckiem, ta mała istotka nie istniałaby bez jego udziału, spójrzcie na dumnego ojca, podrzucającego w górę WASZEGO roześmianego synka. To więź, równie piękna jak twoja i dziecka, pozwól jej się rozwinąć. A pampers założony raz w odwrotną stronę, następnym razem będzie już założony poprawnie :)

czwartek, 24 lipca 2014

Skąd ta nazwa? :)

Skąd ta nazwa?

Z pobudek czysto hedonistycznych. Kto nie lubi, gdy mu dobrze? :)
Nie kojarzmy tego tylko i wyłącznie z seksem, chociaż tytuł może to sugerować ;) dobrze może zrobić podmuch wiatru w ciepły dzień, czy brak korków w godzinach szczytu :)
Moje całe małe Ja uwielbia, gdy jest dobrze. Ciągłe dążenie do zadowolenia wynika, jak sądzę, z arystokratycznych korzeni w poprzednim życiu... no dobra- może też dlatego, że taka po prostu jest natura człowieka ;)
Nie zawsze tak było. Teraz trudno mi samej w to uwierzyć, ale kiedyś za bardzo nie lgnęłam do szczęścia. A może to szczęście nie lgnęło do mnie? Bądź co bądź pielęgnowałam uparcie swoją destrukcyjną naturę, udając się w coraz to nowe zakamarki nieszczęścia, pogłębiając dramatyzm całej mojej życiowej sytuacji. Fakt- pisałam więcej niż dzisiaj. Mam nawet wrażenie, że teksty były bardziej głębokie. Pewnie dlatego nieszczęśliwi ludzie tak pięknie piszą o miłości...
Jak jest teraz?
Trochę mniej dramatycznie. Wszystko się nieco we mnie uspokoiło, można się pokusić o termin, jeśli taki istnieje (a jeśli nie to właśnie go, uwaga, tworzę!), homeostazy emocjonalnej. Wszystkie puzzle do siebie pasują, żadnego nie brakuje, układanka zdaje się sprawiać przyjemność układającemu.
Jednak nie zmieniło się jedno- sama czynność dążenia do czegoś. Kiedyś była to destrukcja, dzisiaj szczęście, komfort, wygoda.
Całość procesu jaki zaszedł zwalam na Niego. Nic tak nie zmienia człowieka, jak ten drugi człowiek obok. Budzi się obok Ciebie, zasypia, wyżera Ci ciastka, udaje Tofika, zabiera z nieznane miejsca dla samej radości wspólnego eksplorowania świata, kocha.
Tak więc jestem szczęśliwa, zmieniło się tylko to i aż to.
Muszę od razu przestrzec, że czasami będzie słodko, czasami nawet bardzo, będziecie rzygać tęczą, widzieć we śnie serduszka, jednorożce i skrzydlate kotki (tak, nie wiecie, że takie istnieją?:D)


Blog będzie o emocjach, chcę, by mimo wszystko to był temat przewodni.
Poza tym szeroko pojęty life style, trochę mody, fotografii, komentowania bieżących wydarzeń.
Dam do słowa pisanego dojść też Jemu, ale nie często, bo zacznie pisać o byciu naukowcem, elektronice, rodzajach piwa i swoim światopoglądzie - kto chciałby to czytać? :D No właśnie :)

K.

wtorek, 22 lipca 2014

Start!


"When I think of all the worries people seem to find
And how they're in a hurry to complicate their mind

By chasing after money and dreams that can't come true

I'm glad that we are different, we've better things to do
May others plan their future, I'm busy lovin' you"



Para -  Oni i On, Artystka i Naukowiec.
I trochę naszego wspaniałego świata. Dla świata. 
Startujemy! :)


K.

Self-love!

Oprócz zawiłych emocji, które krążą po krwioobiegu z intensywnością adrenaliny u ludzi na rollercosterze, mam w sobie też prostotę starszego...