Oprócz zawiłych emocji, które krążą po krwioobiegu z intensywnością adrenaliny u ludzi na rollercosterze, mam w sobie też prostotę starszego człowieka z mazurskiej wsi. Dwie całkiem skrajne cechy, siedzą sobie we mnie i jakoś się dotąd zgadzają i współpracują. O ile twórczość, pasja, głód życia są zdecydowanie karmione tymi rozedrganymi emocjami, o tyle moje poczucie własnej wartości ma podłoże czysto logiczne, proste, nieskomplikowane. Mianowicie, gdyby moja skromna osoba, dorastająca w małym mieście, z niepełnosprawnością, przejmowała się i opinią innych, prawdopodobnie zapadłabym na jakąś chorobę psychiczną, nerwicę lękową, popełniła samobójstwo, whatever. Z chłopakami było różnie, raz lepiej, raz gorzej, kilka razy na chwilę i raz na zawsze. Ale przebywanie z nimi nauczyło mnie jednej bardzo ważnej rzeczy- zawsze znajdzie się ktoś, w kogo jesteś guście. Ktoś będzie tak wpatrzony w twoje oczy (lub biust, lub tyłek, usta), że nie zauważy wg ciebie za dużego nosa, lub za krótkich nóg (wg ciebie). Zaraz potem zaczniecie się poznawać i okaże się, że oprócz tych fajnych oczu, masz mega super hiper extra osobowość (bo masz!) i oboje nie lubicie Sagi Zmierzch i kabaretów. Powiem Ci jeszcze coś - nie mów o tym wielkim nosie, on nie zauważy. A to tylko sprawi, że i ty spojrzysz na niego trochę łaskawiej.
Żyjemy w dobie kryzysu inności, kultu ideału,który przecież nie istnieje. Ja czuję się równie piękna teraz z tłustymi włosami i brakiem makijażu, co w pełnym makijażu, od fryzjera i w kiecce. To moje ciało, mogę robić z nim co mi się podoba, a czasem podoba mi się bez stanika, czasem bez makijażu, a jeszcze innym razem w tej sukience od Niego. Żaden człowiek nie jest w stanie zachwiać tym, że lubię siebie. Bo nie opieram swojej wartości na nikim (na opinii innych, na mężczyźnie, z którym jestem) i na niczym (na tym co mam, na filtrze na ig, liczbie lajków).
Zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo jesteś brzydka, zaraz obok niego będzie stać ktoś, kto się tobą zachwyci. Teraz tylko szukaj, albo czekaj na tą osobę. Ale w międzyczasie spoglądaj w lustro i się do siebie uśmiechaj. Pamiętając, że nawet długopisem za złotówkę z kiosku na rogu, można napisać książkę, którą zachwyci się świat. Osoba, która się nim posługiwała, uwierzyła w niego.
Zrób mi dobrze, dobrze zrób mi!
środa, 21 sierpnia 2019
czwartek, 8 czerwca 2017
Tak blisko, jak teraz, nie będzie nigdy
Nigdy nie będziesz bliżej mnie, niż jesteś teraz.
Jeszcze Jej nie ma, to tak oficjalnie. Ale przecież daje o sobie znać, kopie, ma czkawkę, przewraca się pod moją skórą, rośnie, zdobywa nowe umiejętności, które już zaraz będzie mogła wykorzystać w życiu "na zewnątrz".
Tymczasem ja- waląca się na zdrowiu, połamana, rozstrojona, z rozstępami, z alergią, bólami pleców, bioder... W sumie łatwiej byłoby napisać, co mnie nie boli. Zdobywam swoje własne życiowe Kilimandżaro, marzenie o rodzinie. Przyklejam uśmiech na twarz i mówię do siebie w duchu "dla Niej zniosę wszystko". O dziwo, nigdy nie czułam się lepiej, tak na przekór, psychicznie mam się super. To tak, jakby te wszystkie bolączki ciała były gdzieś obok mnie. Ich istotny wpływ na mnie jest mocno ograniczony. Myślę, że tak działają te wysławione hormony. Kobiety nie chciałyby się rozmnażać, gdyby był to istotny ból, wpływający na poczucie szczęścia i samospełnienia.
Pozwalam sobie zwolnić. Wpuszczam do życia trochę więcej schematów, monotematyczności, rytuałów. Nie, nie nudzę się. Staram się wsłuchać w swój organizm, wyczuć kiedy powinnam poleżeć, a kiedy mam lepszy dzień i mogę pojechać polować na wyprawkę.
Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem nieustępliwa, przez całe życie zaciskałam zęby, by coś zrobić mocniej, szybciej, bardziej. Teraz zdobywam nową umiejętność- uczę się odpuszczać. Kosztuje mnie to bardzo dużo psychicznie, ale tłumaczę sobie to tym, że już nie jestem ja sama, którą mogę eksploatować "ile wlezie". Teraz jest nas dwie. A ja jeszcze będę miała czas, by znów być super-bohaterką.
Świat nie zawali się, gdy pranie powisi jeszcze trochę na suszarce, a naczynia w zmywarce zostaną wyjęte dopiero wieczorem. Albo, gdy ktoś zrobi to za mnie. Na szczęście są tacy ludzie.
Nawiązując do wyprawki- istne urwanie głowy. Od mnogości rzeczy dla dzieci można naprawdę oszaleć. Firmy przekonują nas, że to właśnie ich produkt jest najlepszy, niezbędny i bez niego Twoje macierzyństwo będzie niepełne. Obserwując przyszłe mamy i ich reakcje na ten konsumencki wir, mogę jedynie powiedzieć- jestem przerażona. Tak łatwo dajemy sobą manipulować, wszystko w myśl, że chcemy dla swoich dzieci wszystkiego, co najlepsze. Nie jestem tutaj wyjątkiem, bo zapewne moje dziecko ma trochę za dużo ciuchów, ale cieszę się, że powodem do ich kupienia była pusta chęć, by dziecko ładnie wyglądało. Uważam, że to dużo bezpieczniejszy mechanizm. Po prostu będzie ładnie wyglądać.
Co zatem mnie niepokoi? Wmawianie rodzicom, że coś jest niezbędne dla harmonijnego rozwoju, wspiera rozwój ich dziecka. Drogie mamy, wasze dziecko jest najbardziej wyjątkowe na świecie, a do harmonijnego rozwoju potrzebuje tylko i wyłącznie waszej bliskości, czasu, jaki mu poświęcicie, obecności mamy i taty. Czasu nie potrzeba przyspieszać. Ono opanuje wszystkie wymagane umiejętności w swoim tempie, najczęściej będzie to zawrotne tempo, a wy nie będziecie mogli się nadziwić, że już chodzi, przecież jeszcze niedawno cieszyliście się z pierwszego przewrotu na brzuszek. Z mojej całej kariery, jak studentka (była to długa, zawiła droga ;)), najważniejszą rzeczą, którą zakodowałam jest to, że najprostsze rozwiązania są najlepsze. Jestem gorącą orędowniczką minimalizmu. Chcę, by moje dziecko załapało, gdzie jest nosek, oczko, rączka, bo będę z nim o tym rozmawiać, pokazywać, a nie dlatego, że zwaliłam opanowanie tej umiejętności na kolorowego misia znanej marki... Odgłosy zwierząt chcę jej pokazać na przykładzie PRAWDZIWYCH zwierzaków, gdy odwiedzimy prababcię na wsi, a nie z gadających książeczek. Chciałabym, żeby sprawność manualną i doświadczenia sensoryczne zdobywała bawiąc się w kałuży błota, a nie przy pomocy wymóżdżonych zabawek. Oczywiście nie chcę tutaj demonizować, kategoryzować i mówić, że coś jest absolutnie złe lub niepotrzebne. Czasami nie mamy możliwości zapoznać dziecka z jakimś zjawiskiem lub czegoś nauczyć. Wtedy takie zabawki mogą okazać się pomocne. Zachęcam jednak, by do ich magicznych interaktywnych funkcji dodać jeszcze jedną- zabawa nią razem z rodzicami.
Czas leci, a ja nie chcę go przyspieszać. Tu i teraz jesteś pod moim sercem. Chociaż nie mogę się doczekać, kiedy cię poznam, doceniam czas razem. Wiem, że potem nadal będę najważniejszą osobą na świecie, bez której dmuchania zbite kolanko urośnie do problemu II wojny światowej. Potem będzie czas, gdy tata będzie najważniejszy. Każda dziewczynka tak ma. Pewnie będę wtedy trochę zazdrosna, ale tak naprawdę serce będzie mi wyskakiwać z dumy, że wybrałam na męża i ojca mojej córki TAKIEGO FACETA :) Już dzisiaj uśmiecham się, gdy mój mąż opowiada, jak będziecie naprawiać rower lub budować domek dla lalek, a ty będziesz kucać obok tatusia i z dumą podawać mu narzędzia. Czas będzie płynąć, aż przyjdzie pora na przedszkole, szkołę. Pojawi się dominująca rola grupy rówieśniczej, pierwsze zainteresowanie chłopcami. Chciałabym cię wyposażyć w takie cechy, by było ci wtedy łatwiej, byś nic nikomu nie musiała udowadniać, o nikogo zabiegać na siłę, by brak czyjejś aprobaty nie miał wpływu na twoje poczucie własnej wartości. Słów "wszyscy tak robią", "wszyscy to mają" chciałabym nie usłyszeć nigdy. Chcę byś umiała myśleć samodzielnie. Ale zanim się tak stanie, byś nauczyła się słuchać, bo tylko tak możesz wyrobić sobie swoje zdanie.
Niewątpliwie staję przed największym wyzwaniem w moim życiu. Ja i twój tata.
W całej tej drodze najbardziej cieszę się na tą bliskość i czas płynący swoim tempem. Naszą bliskość i nasz czas. :)
Co zatem mnie niepokoi? Wmawianie rodzicom, że coś jest niezbędne dla harmonijnego rozwoju, wspiera rozwój ich dziecka. Drogie mamy, wasze dziecko jest najbardziej wyjątkowe na świecie, a do harmonijnego rozwoju potrzebuje tylko i wyłącznie waszej bliskości, czasu, jaki mu poświęcicie, obecności mamy i taty. Czasu nie potrzeba przyspieszać. Ono opanuje wszystkie wymagane umiejętności w swoim tempie, najczęściej będzie to zawrotne tempo, a wy nie będziecie mogli się nadziwić, że już chodzi, przecież jeszcze niedawno cieszyliście się z pierwszego przewrotu na brzuszek. Z mojej całej kariery, jak studentka (była to długa, zawiła droga ;)), najważniejszą rzeczą, którą zakodowałam jest to, że najprostsze rozwiązania są najlepsze. Jestem gorącą orędowniczką minimalizmu. Chcę, by moje dziecko załapało, gdzie jest nosek, oczko, rączka, bo będę z nim o tym rozmawiać, pokazywać, a nie dlatego, że zwaliłam opanowanie tej umiejętności na kolorowego misia znanej marki... Odgłosy zwierząt chcę jej pokazać na przykładzie PRAWDZIWYCH zwierzaków, gdy odwiedzimy prababcię na wsi, a nie z gadających książeczek. Chciałabym, żeby sprawność manualną i doświadczenia sensoryczne zdobywała bawiąc się w kałuży błota, a nie przy pomocy wymóżdżonych zabawek. Oczywiście nie chcę tutaj demonizować, kategoryzować i mówić, że coś jest absolutnie złe lub niepotrzebne. Czasami nie mamy możliwości zapoznać dziecka z jakimś zjawiskiem lub czegoś nauczyć. Wtedy takie zabawki mogą okazać się pomocne. Zachęcam jednak, by do ich magicznych interaktywnych funkcji dodać jeszcze jedną- zabawa nią razem z rodzicami.
Czas leci, a ja nie chcę go przyspieszać. Tu i teraz jesteś pod moim sercem. Chociaż nie mogę się doczekać, kiedy cię poznam, doceniam czas razem. Wiem, że potem nadal będę najważniejszą osobą na świecie, bez której dmuchania zbite kolanko urośnie do problemu II wojny światowej. Potem będzie czas, gdy tata będzie najważniejszy. Każda dziewczynka tak ma. Pewnie będę wtedy trochę zazdrosna, ale tak naprawdę serce będzie mi wyskakiwać z dumy, że wybrałam na męża i ojca mojej córki TAKIEGO FACETA :) Już dzisiaj uśmiecham się, gdy mój mąż opowiada, jak będziecie naprawiać rower lub budować domek dla lalek, a ty będziesz kucać obok tatusia i z dumą podawać mu narzędzia. Czas będzie płynąć, aż przyjdzie pora na przedszkole, szkołę. Pojawi się dominująca rola grupy rówieśniczej, pierwsze zainteresowanie chłopcami. Chciałabym cię wyposażyć w takie cechy, by było ci wtedy łatwiej, byś nic nikomu nie musiała udowadniać, o nikogo zabiegać na siłę, by brak czyjejś aprobaty nie miał wpływu na twoje poczucie własnej wartości. Słów "wszyscy tak robią", "wszyscy to mają" chciałabym nie usłyszeć nigdy. Chcę byś umiała myśleć samodzielnie. Ale zanim się tak stanie, byś nauczyła się słuchać, bo tylko tak możesz wyrobić sobie swoje zdanie.
Niewątpliwie staję przed największym wyzwaniem w moim życiu. Ja i twój tata.
W całej tej drodze najbardziej cieszę się na tą bliskość i czas płynący swoim tempem. Naszą bliskość i nasz czas. :)
środa, 27 lipca 2016
Ten nasz taras betonowy i pies schroniskowy.
Widzą te moje błyszczące iskierki w oczach, gdy mówię z pełnym przekonaniem o mojej filozofii szczęścia ze wszystkiego co mam, co mnie otacza, kto mnie otacza. Patrzą i widzę, jak im też zaczynają błyszczeć oczy.
Nie zawsze tak było. Osobą, która wbija mi do głowy non stop, że mam się cieszyć z tego, co mam jest mój przyszły Mąż. Gdy mnie poznał byłam zachłanną, wiecznie chcącą czegoś więcej dziewuchą. Na marne było mi powtarzać, że mam jego, mamy swój mały pokoik, który potem zmieniliśmy na większy, że zdaliśmy prawo jazdy i już po wyjściu z WORD-u wsiadamy do naszego własnego Clio, że jedziemy na wakacje nad Bałtyk, że z ikei wychodzimy zawsze biedniejsi o 500 zł minimum- czyli te pieniądze mamy, skoro wydajemy. Ja i tak z uporem maniaka, uważałam, że muszę więcej, muszę szybciej. Że te wakacje to powinny być na Malediwach, a to Clio to Mazda być powinna... Uwierzcie, że teraz jak sobie o tym myślę, to bym sobie w tamtym momencie przyp*erdoliła... Dziwię się, że tego nie robił, tak codziennie, rutynowo.
Ale On powtarzał, że wszystko po kolei, w swoim czasie, a ja teraz dopiero widzę w Jego głosie tą wielką nadzieję, że kiedyś zobaczę, jak bardzo się stara, by było nam lepiej, by spełniać mógł moje zachcianki, marzenia, ale widzę też marzenie Jego, bym zeszła trochę na Ziemię i cieszyła się z tych spełnionych, a nie śniła już o kolejnych, a te kolejne to nie jakieś tam drobne, nie, nie, bo ja jestem z tych z rozmachem marzących, o Maździe, Malediwach, domu przynajmniej 200 m kw.
Dzisiaj otworzyłam okno na taras, tak szeroko, by poczuć zapach deszczu. Spojrzałam na to nasze biało- rude szczęście czworonożne. Na ten żywy dowód mojego nie tak skrajnego egoizmu, a przynajmniej dowód na to, że ten egoizm czasem schodzi na drugi plan, albo chociaż można raz po raz połączyć go z jakimś dobrem płynącym. Otóż ten pies zwany Borysem, to teraz najszczęśliwszy pies świata, uciekł nam ostatnio, a ja płakałam, jak nie płakałam od lat kilku. Wrócił sam, a ja nie wiedziałam, czy mam go zabić, czy uściskać. Borys to pies schroniskowy, sam pomysł psa to egoizm w czystej postaci, takie nasze wspólne dziecięce "ja chcę psa!", ale to, że jest kundlem, ze schroniska, ze skrzywioną psychiką, że teraz bawi się tym głupim patykiem, gdy jeszcze chwilę temu truchlał ze strachu przy każdym otwarciu drzwi- to już nie egoizm. To moja jedna przypadkowa myśl, że nie będzie rasowy, że chcę podarować jakiemuś nieszczęśnikowi dom, taki jakiego nigdy nie miał. To znów powrót do tego szczęścia, bo ten nasz Borys tak mi przypomina czasami, żeby się cieszyć z tego, co mam, bo mimo, że piękny taki i mądry coraz bardziej to i tak wciąż boi się obcych, gości naszych nie lubi, ale jest NASZ, najszczęśliwszy taki.
Paradoksalnie wtedy, gdy zaczęłam się cieszyć, że to Clio jest spoko, że siadam, jadę gdzie chcę, że na głowę nie pada, właśnie wtedy zaczęły pojawiać się inne szczęścia. W ciągu ostatnich miesięcy zaakceptowałam, że mieszkam w dziurze jednak, ale to piękny dom, że ma te wymarzone 200 m i już przestało mi przeszkadzać, że nie jest w Suchym Lesie... Że ten taras, te uginające się od pomidorów gałązki, to podwórko z lawendą i psem, że ten zapach deszczu, że ja i on na tym tarasie to niezwykłe szczęście.
A szczęście przyciąga szczęście, tak ogromnie w to wierzę, nawet jak przez chwile o tym zapominam, bo coś idzie nie tak, ciężko i trudno w życiu, to ja wierzę.
Filozofia szczęścia - mam nadzieję, że Maria i Adam pojęli chociaż trochę moją chaotyczną wypowiedź, po 10 km wiosłowania na pontonie, na ławce nad Nysą Kłodzką, o tym, jak trzeba się cieszyć z tarasu, a nie widzieć, że na nim jeszcze beton. Ten nasz taras jest naprawdę piękny, a jak te lawendy jeszcze podrosną i pachnieć będzie- ACH!
Nie zawsze tak było. Osobą, która wbija mi do głowy non stop, że mam się cieszyć z tego, co mam jest mój przyszły Mąż. Gdy mnie poznał byłam zachłanną, wiecznie chcącą czegoś więcej dziewuchą. Na marne było mi powtarzać, że mam jego, mamy swój mały pokoik, który potem zmieniliśmy na większy, że zdaliśmy prawo jazdy i już po wyjściu z WORD-u wsiadamy do naszego własnego Clio, że jedziemy na wakacje nad Bałtyk, że z ikei wychodzimy zawsze biedniejsi o 500 zł minimum- czyli te pieniądze mamy, skoro wydajemy. Ja i tak z uporem maniaka, uważałam, że muszę więcej, muszę szybciej. Że te wakacje to powinny być na Malediwach, a to Clio to Mazda być powinna... Uwierzcie, że teraz jak sobie o tym myślę, to bym sobie w tamtym momencie przyp*erdoliła... Dziwię się, że tego nie robił, tak codziennie, rutynowo.
Ale On powtarzał, że wszystko po kolei, w swoim czasie, a ja teraz dopiero widzę w Jego głosie tą wielką nadzieję, że kiedyś zobaczę, jak bardzo się stara, by było nam lepiej, by spełniać mógł moje zachcianki, marzenia, ale widzę też marzenie Jego, bym zeszła trochę na Ziemię i cieszyła się z tych spełnionych, a nie śniła już o kolejnych, a te kolejne to nie jakieś tam drobne, nie, nie, bo ja jestem z tych z rozmachem marzących, o Maździe, Malediwach, domu przynajmniej 200 m kw.
Dzisiaj otworzyłam okno na taras, tak szeroko, by poczuć zapach deszczu. Spojrzałam na to nasze biało- rude szczęście czworonożne. Na ten żywy dowód mojego nie tak skrajnego egoizmu, a przynajmniej dowód na to, że ten egoizm czasem schodzi na drugi plan, albo chociaż można raz po raz połączyć go z jakimś dobrem płynącym. Otóż ten pies zwany Borysem, to teraz najszczęśliwszy pies świata, uciekł nam ostatnio, a ja płakałam, jak nie płakałam od lat kilku. Wrócił sam, a ja nie wiedziałam, czy mam go zabić, czy uściskać. Borys to pies schroniskowy, sam pomysł psa to egoizm w czystej postaci, takie nasze wspólne dziecięce "ja chcę psa!", ale to, że jest kundlem, ze schroniska, ze skrzywioną psychiką, że teraz bawi się tym głupim patykiem, gdy jeszcze chwilę temu truchlał ze strachu przy każdym otwarciu drzwi- to już nie egoizm. To moja jedna przypadkowa myśl, że nie będzie rasowy, że chcę podarować jakiemuś nieszczęśnikowi dom, taki jakiego nigdy nie miał. To znów powrót do tego szczęścia, bo ten nasz Borys tak mi przypomina czasami, żeby się cieszyć z tego, co mam, bo mimo, że piękny taki i mądry coraz bardziej to i tak wciąż boi się obcych, gości naszych nie lubi, ale jest NASZ, najszczęśliwszy taki.
Paradoksalnie wtedy, gdy zaczęłam się cieszyć, że to Clio jest spoko, że siadam, jadę gdzie chcę, że na głowę nie pada, właśnie wtedy zaczęły pojawiać się inne szczęścia. W ciągu ostatnich miesięcy zaakceptowałam, że mieszkam w dziurze jednak, ale to piękny dom, że ma te wymarzone 200 m i już przestało mi przeszkadzać, że nie jest w Suchym Lesie... Że ten taras, te uginające się od pomidorów gałązki, to podwórko z lawendą i psem, że ten zapach deszczu, że ja i on na tym tarasie to niezwykłe szczęście.
A szczęście przyciąga szczęście, tak ogromnie w to wierzę, nawet jak przez chwile o tym zapominam, bo coś idzie nie tak, ciężko i trudno w życiu, to ja wierzę.
Filozofia szczęścia - mam nadzieję, że Maria i Adam pojęli chociaż trochę moją chaotyczną wypowiedź, po 10 km wiosłowania na pontonie, na ławce nad Nysą Kłodzką, o tym, jak trzeba się cieszyć z tarasu, a nie widzieć, że na nim jeszcze beton. Ten nasz taras jest naprawdę piękny, a jak te lawendy jeszcze podrosną i pachnieć będzie- ACH!
wtorek, 15 marca 2016
Już to masz!
Na co dzień nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wielką moc mają nasze emocje. Społeczny nacisk na zdrowy rozsądek, logiczne myślenie, planowanie, strategie sprowadziły nasze życie do gry szachowej.
Poradniki o życiu mówią Ci, że w życiu najważniejsze to znaleźć pasję. Budzisz się zatem codziennie rano, idąc do pracy, która nie sprawia Ci przyjemności, marząc o pasji, która Cię pochłonie, da Ci szczęście, spełnienie.
Pasja. Magiczne słowo. Poradniki o życiu podkreślają jej rolę w życiu i zachęcają do jej poszukiwań. Stajesz się bezwiednie elementem w samonapędzającej się machinie- zapisujesz się na warsztaty kulinarne, dopisujesz się do newsletterów biur podróży, odkopujesz stare narty/ łyżwy/ rolki, kupujesz buty do biegania.
Szukasz. Przecież pasja ma dać ci SZCZĘŚCIE.
Zatrzymaj się i wyłącz wiecznie analizującą głowę. Przestań myśleć, że pasja to, coś co musisz znaleźć, coś co cię uszczęśliwi, coś co zapewni kasę, coś co da ci spełnienie w pracy.
Po pierwsze.
Już masz pasje. Tak, tak, nie musisz jej szukać.
Prawdopodobnie wypełnia ona twoje życie już od dawna. Może masz ją już od dziecka, może już wtedy zaczęła się twoja z nią przygoda. Co lubiłeś robić jako dziecko? Może budowałeś tamy z błota, albo zbierałeś ślimaki. Twój pokój pływał z komiksach, a może wypełniały go atlasy o świecie?
Dziecko nie zastanawia się, budując namiot z koców, nie analizuje- "buduję namiot z koców, to będzie teraz moja pasja, może, gdy dorosnę zostanę projektantem domów i przemienię pasję w sposób na życie i zarabianie pieniędzy".
Dziecko po prostu zwyczajnie TO robi, bo sprawia mu to radość, napędzają go emocje, niepohamowana chęć odczuwania przyjemności, czysty hedonizm. Dlatego też większość rozwojowych rzeczy we wczesnym dzieciństwie jest zaprogramowana na przyjemność i dążenie do niej. Dla małego dziecka wkładanie przypadkowych rzeczy do buzi jest przyjemne, a dzięki temu poznaje świat. Dla troszkę większego brzdąca przyjemnością jest próbowanie wstać, mimo, że upada, jakaś niewiadoma siła karze mu spróbować jeszcze raz, by w końcu doprowadzić do pełni szczęścia- biegania za przerażonym kotem.
Powodują tym emocje, hormony, popędy, instynkt. Ostateczną bonifikatom jest przyjemność.
Pasja to przyjemność, pasja daje ci przyjemność.
Po drugie.
Tak więc, masz ją obok siebie, czasem od bardzo, bardzo dawna.
Rzeczy, które nam towarzyszą od dawna, powszednieją. Ile razy po wejściu do domu z pracy lub szkoły mijasz obraz w przedpokoju? Znasz go na wskroś, każdy jego odcień i cień. Ale, gdyby ktoś zwrócił na niego uwagę i się nim zachwycił, mówiąc, że to twoja najlepsza rzecz w domu, byłbyś wielce zadziwiony, prawda? Rzeczą codziennym odbieramy nieświadomie ich wyjątkowość.
Pasja cię otacza, wręcz pochłania cię bez reszty. Może jest to jedna rzecz, może dwie, trzy? A jednak, wchodząc w dorosłe życie, myślisz co z nim zrobić. Czym zapełnić swoje dorosłe dni, gdzie pójść do pracy, co robić.
Nagle zagłębiasz się w milion nowych rzeczy, zapisujesz się na kurs kulinarny, kupujesz buty do biegania, zakładasz bloga o urządzaniu wnętrz. Po pewnym czasie stwierdzasz, że to nie to, że znalezienie pasji to grubsza sprawa. Próbujesz więc znów, i znów, i znów. Nad jednymi rzeczami zatrzymujesz się na dłużej, inne pochłoną cię tylko na chwilę, szybko je porzucisz. W głowie kiełkuje frustracja, że nie możesz osiągnąć pełni szczęścia, bo nie możesz znaleźć pasji, sensu życia.
Jakimś dziwnym trafem nie potrafisz spojrzeć na swoje codzienne przyjemne zajęcia, jak na pasję twojego życia, sposób na jego usensownienie.
Są one tak oczywiste, że ciężko ci przytwierdzić im etykietę pasji, bo wmówiono ci, że pasja to coś niezwykłego, natchnionego i niedoścignionego.
Po trzecie.
Oni znów cię okłamali. Najpierw wmówili, że musisz poszukiwać pasji, odejmując twojej już istniejącej wyjątkowość i sens, a potem...
...powiedzieli, że pasja jest kluczem do dostatniego życia, że tylko jako człowiek robiący coś z pasją, będziesz mógł czerpać z tego korzyści pieniężne, zarabiać z przyjemnością.
Otóż pasja nie oznacza dostatniego życia, prawdopodobnie przyznają mi rację osoby, które pasję spróbowały zamienić na maszynkę do robienia pieniędzy. Do takich też należę ja.
Fotografia najpierw oznaczała dla mnie aparat w plecak, rower i wypad z koleżanką na działki, milion zdjęć, ich selekcja, przeróbka, publikacja w internecie i radość, że komuś się podoba. Później była już własna firma, nóż na gardle, by zarobić na ZUSy... Pojedynczy klienci, którzy próbowali ugrać coś więcej dla siebie, którym nie odpowiadała cena, bądź miejsce sesji itp. Nagle moja pasja była skomercjalizowana, robiłam sesje na czyjeś zlecenie, wg. czyjejś wizji siebie, często mogłam się realizować w 100%, bo ktoś zdał się na mnie, ale jednak częściej ktoś coś mi narzucał, w większym lub mniejszym stopniu. Myślenie o fotografii jako przyjemności gdzieś tam na chwile odeszło. Udało mi się jednak trochę to wyważyć, dzielić czas i siły przez komercyjne zlecone sesje osób prywatnych, a moje projekty, za które nie miałam kasy, ale były MOJE :)
Pasja nie musi być twoim sposobem na życie.
Istnieje wtedy dość duże prawdopodobieństwo, że przestaniesz się nią tak zwyczajnie cieszyć. Oczywiście wcale nie musi tak być ;) może akurat uda ci się wypośrodkować wszystko i znaleźć ten pożądany złoty środek. Mi w końcu się udało- na fotografii zarabiam okazjonalnie, ale dzięki temu robienie zdjęć to dla mnie przyjemność sama w sobie :)
Jakiś czas temu poznałam zapalonego DJ'a weselnego. Muzykę lubił, robił to dobrze, zagrał swoje, pakował manatki, szedł do domu. I tak cały letni, weselno-ślubny sezon. Jednak gdy tylko nad naszym pięknym krajem zaczęła panować późna jesień, potem zima, brał walizkę, kupował bilet i wylatywał do Meksyku- oddawać się swojej pasji, którą jest nurkowanie.
Pewnie każdy z nas zna kogoś takiego- zarabia na czymś innym niż jego pasja, ale to pozwala mu na spełnianiu się na tym właściwym, drugim polu.
I wiecie co, to dla mnie właśnie jest szczęście.
:)
p.s. zdjęcia mojego autorstwa plus foto z modelką i wizażystką z czasów, gdy fotografia cieszyła najbardziej i była najczystszą postacią pasji :)
Powodują tym emocje, hormony, popędy, instynkt. Ostateczną bonifikatom jest przyjemność.
Pasja to przyjemność, pasja daje ci przyjemność.
Po drugie.
Tak więc, masz ją obok siebie, czasem od bardzo, bardzo dawna.
Rzeczy, które nam towarzyszą od dawna, powszednieją. Ile razy po wejściu do domu z pracy lub szkoły mijasz obraz w przedpokoju? Znasz go na wskroś, każdy jego odcień i cień. Ale, gdyby ktoś zwrócił na niego uwagę i się nim zachwycił, mówiąc, że to twoja najlepsza rzecz w domu, byłbyś wielce zadziwiony, prawda? Rzeczą codziennym odbieramy nieświadomie ich wyjątkowość.
Pasja cię otacza, wręcz pochłania cię bez reszty. Może jest to jedna rzecz, może dwie, trzy? A jednak, wchodząc w dorosłe życie, myślisz co z nim zrobić. Czym zapełnić swoje dorosłe dni, gdzie pójść do pracy, co robić.
Nagle zagłębiasz się w milion nowych rzeczy, zapisujesz się na kurs kulinarny, kupujesz buty do biegania, zakładasz bloga o urządzaniu wnętrz. Po pewnym czasie stwierdzasz, że to nie to, że znalezienie pasji to grubsza sprawa. Próbujesz więc znów, i znów, i znów. Nad jednymi rzeczami zatrzymujesz się na dłużej, inne pochłoną cię tylko na chwilę, szybko je porzucisz. W głowie kiełkuje frustracja, że nie możesz osiągnąć pełni szczęścia, bo nie możesz znaleźć pasji, sensu życia.
Jakimś dziwnym trafem nie potrafisz spojrzeć na swoje codzienne przyjemne zajęcia, jak na pasję twojego życia, sposób na jego usensownienie.
Są one tak oczywiste, że ciężko ci przytwierdzić im etykietę pasji, bo wmówiono ci, że pasja to coś niezwykłego, natchnionego i niedoścignionego.
Po trzecie.
Oni znów cię okłamali. Najpierw wmówili, że musisz poszukiwać pasji, odejmując twojej już istniejącej wyjątkowość i sens, a potem...
...powiedzieli, że pasja jest kluczem do dostatniego życia, że tylko jako człowiek robiący coś z pasją, będziesz mógł czerpać z tego korzyści pieniężne, zarabiać z przyjemnością.
Otóż pasja nie oznacza dostatniego życia, prawdopodobnie przyznają mi rację osoby, które pasję spróbowały zamienić na maszynkę do robienia pieniędzy. Do takich też należę ja.
Fotografia najpierw oznaczała dla mnie aparat w plecak, rower i wypad z koleżanką na działki, milion zdjęć, ich selekcja, przeróbka, publikacja w internecie i radość, że komuś się podoba. Później była już własna firma, nóż na gardle, by zarobić na ZUSy... Pojedynczy klienci, którzy próbowali ugrać coś więcej dla siebie, którym nie odpowiadała cena, bądź miejsce sesji itp. Nagle moja pasja była skomercjalizowana, robiłam sesje na czyjeś zlecenie, wg. czyjejś wizji siebie, często mogłam się realizować w 100%, bo ktoś zdał się na mnie, ale jednak częściej ktoś coś mi narzucał, w większym lub mniejszym stopniu. Myślenie o fotografii jako przyjemności gdzieś tam na chwile odeszło. Udało mi się jednak trochę to wyważyć, dzielić czas i siły przez komercyjne zlecone sesje osób prywatnych, a moje projekty, za które nie miałam kasy, ale były MOJE :)
Pasja nie musi być twoim sposobem na życie.
Istnieje wtedy dość duże prawdopodobieństwo, że przestaniesz się nią tak zwyczajnie cieszyć. Oczywiście wcale nie musi tak być ;) może akurat uda ci się wypośrodkować wszystko i znaleźć ten pożądany złoty środek. Mi w końcu się udało- na fotografii zarabiam okazjonalnie, ale dzięki temu robienie zdjęć to dla mnie przyjemność sama w sobie :)
Jakiś czas temu poznałam zapalonego DJ'a weselnego. Muzykę lubił, robił to dobrze, zagrał swoje, pakował manatki, szedł do domu. I tak cały letni, weselno-ślubny sezon. Jednak gdy tylko nad naszym pięknym krajem zaczęła panować późna jesień, potem zima, brał walizkę, kupował bilet i wylatywał do Meksyku- oddawać się swojej pasji, którą jest nurkowanie.
Pewnie każdy z nas zna kogoś takiego- zarabia na czymś innym niż jego pasja, ale to pozwala mu na spełnianiu się na tym właściwym, drugim polu.
I wiecie co, to dla mnie właśnie jest szczęście.
:)
p.s. zdjęcia mojego autorstwa plus foto z modelką i wizażystką z czasów, gdy fotografia cieszyła najbardziej i była najczystszą postacią pasji :)
sobota, 29 listopada 2014
Nie jest łatwo być dzieckiem szczęścia
Nie jest łatwo być dzieckiem szczęścia
Był gorący sierpniowy dzień, gdy przyszłam na świat. Zimne
lekarskie dłonie wtargnęły z impetem z brzucha mojej mamy, wyciągając moje
małe, zaplątane w pępowinę ciałko.
1:0 dla mnie, żyję, wygrałam ze światem.
Jestem pewna, że to wtedy wszystko się zaczęło. Nie tylko
życie, nie, także bycie dzieckiem, dzieckiem szczęścia.
Potem było już tylko gorzej. A może nie, może jednak lepiej.
Oceńcie sami.
Urodziłam się z problemami zdrowotnymi, dzięki mamie
pracującej w służbie zdrowia i jej umiejętności przedzierania się przez absurdy
tej branży, od razu zostałam objęta najlepszą opieką medyczną, jaka była
możliwa. Nie czekałam na diagnozę ani chwili, była znana już po moim urodzeniu,
dzięki temu cały proces przebiegł bardzo szybko – lekarze, operacje, szpitale,
sanatoria i tak przez większość dzieciństwa.
Raz zachłysnęłam się po operacji własną śliną. Podobno na
oddziale, na którym leżałam nie było sprawnego ssaka. Mogę sobie tylko
wyobrazić powagę i grozę tej sytuacji, ale ssak znalazł się inny, ktoś go
szybko przyniósł z innego oddziału, a ja już po chwili oddychałam jak przedtem.
Innym razem mój tata, trzymając mnie za kostki do góry
nogami, próbował wytrząsnąć ze mnie kawałek kiełbasy, który utknął mi w gardle.
Udało się. Znów moje szczęście.
Dzieciństwo – czas usłany różami. Mnóstwo szczęścia
przepływającego hektolitrami, wylewającego się z czeluści mojego dziecięcego
pokoiku z błękitną tapetą w białe gąski. Wspomnienie wszystkich gwiazdkowych
prezentów, małego czarnego pieska, który urósł i okazał się być dobermanem,
godzin do późna na podwórku, ścigając się z chłopakami na rowerach, tysiące
lalkowych głów uczesanych wg mojego pomysłu, niezliczona ilość gum balonowych i
wyciskanych wodnych lodów, rzesze przyjaciół na śmierć i życie, pozdzierane
kolana opatrywane śliną. Dzieciństwo małej księżniczki z lat ’90.
Były złe chwile, jak śmierć taty, czy operacje, albo pobyty
w sanatorium, gdzie bardzo tęskniłam za domem. Z perspektywy czasu mogę
stwierdzić, że nie były to rzeczy, których nie zdołałam unieść. Oczywiście
wszystko na mnie w jakiś tam sposób wpłynęło, ale nie spowodowało, że nie
mogłam podnieść się, otrzepać i iść dalej z uśmiechem na ustach.
Cały czas byłam wrzucana w życiowe sytuacje. Uczono mnie
sobie radzić. Z wrodzonym sprytem dobierałam sobie przedmioty w szkole, których
chciało mi się uczyć, resztę chciałam mieć „na 3”. To ja byłam osobą, którą
wysyła się do pani, żeby przełożyła kartkówkę, albo która wyskoczy przed szereg
w obronie całej klasy. Zawsze mi się udawało, nie dostawałam konsekwencjami
swoich czynów przez łeb.
Gdy uczyłam się jeździć na nowym rowerze, dużo większym niż
poprzedni, wpadłam rozpędzona z górki na płot z siatki. Odbiły mi się niemal na
twarzy jego oczka. Rozejrzałam się, czy nikt nie widzi, pozbierałam rower,
otrzepałam się i znów na niego wsiadłam.
Mama sukcesywnie we mnie budowała wiarę, że można mi
wszystko. Nie mam tu na myśli braku zasad, chociaż chyba mogę powiedzieć, że
byłam bardziej z tych rozpieszczonych dzieciaków, niż ze znających granicę. To
spowodowało wielką odwagę w stąpaniu po świecie. Głód jaki posiadałam oraz
przyzwolenie społeczne do sięgania po kolejne sukcesy powodowały parcie do
przodu w zawrotnej prędkości.
Nie miałam jakiś wybitnych osiągnięć w szkole. Byłam
lubiana, zawsze obecna w towarzystwie. Oraz bardzo
sprytna. Pamiętam mnóstwo sytuacji z liceum, gdzie spryt, mój i mojej
najlepszej przyjaciółki, wyciągał nas z każdych tarapatów. Pytanie z historii,
czy kartkówki z polskiego- pestka. Miałam swoje koniki, gdzie lubiłam pokazywać
swoją ambitną i dominującą naturę, miałam też przedmioty, gdzie najniższa linia
oporu mnie satysfakcjonowała. Nie musiałam mieć 5 z chemii, wolałam dyskutować
o świecie politycznym na WOSie. Mimo to zawsze osiągałam taką średnią, że nie
dość, że mi to pasowało, to jeszcze mojej ambitnej mamie również ;)
Pamiętam kilka sytuacji, gdzie autentycznie i w sposób wcale
nie wyolbrzymiony, czułam jakąś wyższą siłę, która mnie ratuje. Może to Bóg,
może mój Anioł Stróż, Tata, a może po prostu Los.
Cały ten proces wpadania w tarapaty, duże czy małe, a potem
wychodzenia z nich najczęściej bez szwanku (przez jakiś tam mój spryt,
cwaniactwo i zwyczajne szczęście) potęgował tylko u mnie poczucie mocy,
sprawczości i siły.
Dorosłość – zderzenie dziecka szczęścia ze światem dorosłych
problemów.
Nie jest łatwo być dzieckiem szczęścia. Ktoś, kto bezczelnie
wyzywa świat na pojedynek, za każdym razem zgarniając profity, w końcu się na to
natnie.
Można komuś napluć w twarz, raz, dwa, może nawet trzy, lecz
w końcu ktoś Ci odda, ze zdwojoną siłą, niespodziewanie.
Gdy coś się udaje, oprócz informacji, że masz zapewne kupę
szczęścia, otrzymujesz informacje, że jesteś zajebisty i możesz to powtórzyć.
Pewność siebie budowana od dziecka może przynieść wielki sukces, albo wielką
porażkę. Jedno z dwóch, nie ma nic po środku. Nie lubię „po środku”.
Dorosłe życie kopie mocniej, niż dwója z chemii w gimnazjum.
Musisz zarabiać, radzić sobie z tysiącem nowych sytuacji, mierzyć się z
totalnie nowymi problemami, większymi, straszniejszymi, musisz znać się na
prawie, by nie podpisać niekorzystnej umowy najmu, by nie dać się wydymać
ZUSowi (on wciąż to robi!), musisz nauczyć się gotować, by nie umrzeć z głodu, wsiadać
do właściwego tramwaju, dzielić czas na wszystkie obowiązki, samodzielnie
rezygnować z rzeczy, których „teraz nie, może później”. Znasz to?
Tak, ja też. To i wiele innych. Ale jest mi trudniej niż
niektórym, bo wszystko mi się w życiu udawało. Gorzej znoszę porażki i bardziej
bolą mnie absurdy. A najgorzej, gdy coś nie zależy ode mnie, gdy mój spryt
małej dziewczynki nie pomaga mi przeskoczyć pewnych życiowych, dorosłych spraw.
Wtedy kopie po dupie, mocno.
Ale… uczono mnie sobie z tym radzić. Powoli akceptuję fakt,
że nie jestem największym szczęściarzem na świecie i będą się działy rzeczy,
które mnie dotkną, w negatywnym znaczeniu. Ale może bycie największym
szczęściarzem na świecie wcale nie wyklucza takich sytuacji, a przeciwnie,
tworzy je, by móc konsekwentnie je przeskakiwać. Przychodzą problemy, a ty
wciąż dajesz sobie z nimi radę, już nie tylko dzięki dziecięcemu sprytowi, ale
wypracowanej na masie doświadczeń sile.
sobota, 20 września 2014
A jeśli jutra nie będzie?
Dziś miałam bardzo intensywny
dzień. Wstałam dość wcześnie i dość wcześnie wyszłam z domu, postanowiłam
bowiem spędzić dzień aktywnie – na rowerze. Zdecydowanie obiecuję sobie, że jutro też pójdę na rower.
Odwiedziłam ulubioną lodziarnię
zamawiając dwie gałki swoich ulubionych lodów. Jutro zamówię trzy, nie po to się tyle ruszam, żeby się ograniczać
przy jedzeniu ulubionych lodów ;)
Później ruszyłam dość szybkim
tempem w kierunku lasku, gdzie zawsze spalam kalorie po lodach. Najpierw szybka
jazda po leśnym poszyciu, robię przystanek na siłowni na świeżym powietrzu i
kilka szybkich ćwiczeń, potem jazda dalej, w głąb, by odkryć nową miejscówkę –
piękny staw. Jest bosko, pogoda
wymarzona, promienie słońca odbijają się w tafli wody, jakaś para ma właśnie
swój plener fotograficzny, a ja zajęta jestem podziwianiem piękna przyrody i
budzącej się do życia jesieni. Siedzę na ławce, dzwoni Sebastian, opowiadam z
przejęciem, jak tu ślicznie i obiecuję, że jak wróci z konferencji to go tu
zabiorę, jutro.
Wracam zmęczona do domu, wstępując
jeszcze po drodze do biedronki, z polecenia mojej mamy biorę pierogi, których
przygotowanie wymaga podobno 2 minuty, czym jestem zachwycona, bo nie mam czasu
na stanie dzisiaj przy garach. Mijam stoisko z rybami, postanawiam jutro zrobić sobie łososia z
piekarnika.
Po obiedzie chcę poleżeć dla
odmiany i odpocząć. Znów biorę rower i jadę do parku w centrum miasta. Ok, jutro trochę popracuję, może też leżąc,
ale efektywnie ;)
Jest całkiem przyjemnie,
wyłączając ciągły huk, gdzieś w oddali. Na szczęście długo nie muszę
zastanawiać się, co to, bo za kilka minut widzę już na niebie znajomy widok
odrzutowców wojskowych. Nie robią one na mnie zbytniego wrażenia, bo wiem, że
nieopodal znajduje się baza wojskowa, gdzie stacjonują.
Jest koło 17 i decyduję się wracać
do domu, może jutro zostanę dłużej.
Nie mam daleko. Żeby nie słuchać klaksonów samochodowych, przypadkowych rozmów
ludzi, czy sunących po torach tramwajów, włączam sobie radio. Wybija akurat
pełna godzina, więc trafiam na wiadomości dnia…
Rosja. Stało się coś, czego
wszyscy się obawialiśmy. Wojska rosyjskie wkroczyły na teren Unii Europejskiej,
przekroczyły granicę z Polską o 16:15. Piechota lądowa jest w drodze na
Warszawę, częściowo już zbombardowaną przez szybciej poruszające się oddziały
lotnicze. Reakcja – obrona. Unia zwołuje natychmiastowe posiedzenie kryzysowe.
Padają szybkie decyzje, dla nas, bo dla rządzących te decyzje zaplanowane były
od dawna, już wtedy, gdy nastąpił konflikt na Ukrainie. Samoloty, które
widziałam leżąc na trawie w parku, przecinające brutalnie bezchmurne niebo, to
jednostki szybkiego reagowania wysłane w rejony Warszawy.
Siadam załamana i wsłuchana w głos
dziennikarza radiowego, jednocześnie zastanawiając się, co mam robić. Wrócić do
domu, jak gdyby nigdy nic? Muszę zadzwonić do mojego Sebastiana! Przecież jest
na konferencji bliżej wschodniej granicy, niż ja teraz. Jestem przerażona. Nie
mogę się dodzwonić, ani do niego, ani do mamy. Łącza telefoniczne nie wyrabiają
przy tak dużym natężeniu rozmów. Wracam do domu, u sąsiada obok słyszę
telewizor rozkręcony na cały regulator, drzwi są otwarte, a w środku dostrzegam
jego i innych sąsiadów. Wołają mnie do środka. Siadam tuż obok ośmioletniej
córki sąsiada wbitej w kanapę, której jak dotąd beztroskie oczy, teraz spowite
są przerażeniem. Oglądamy migające ujęcia – strzały, bomby, naloty. Wszystko
sklecone na szybko, jakby kamerzysta bał się, że może nie przeżyć, jak film,
który nagrał swoim sprzętem.
Tyle rzeczy planowałam zrobić jutro, ale przerwała to wojna.
Wbrew pozorom nie jest to wpis
dotyczący „nie odkładaj rzeczy na jutro”. Chociaż może trochę także.
Gdzieś na świecie zawsze toczy się
wojna. Każdy z nas potrafi wymienić chociaż kilka takich miejsc na kuli
ziemskiej. Zawsze jest to nie w Polsce, dopiero Ukraina jakoś bezpośrednio nas
dotyczy, dotyka. Ale wojna to nie tylko atak jednego państwa na drugie, nie
tylko wielotysięczne wojska wysłane, by zawłaszczyć dla siebie jakiś rejon
świata. Ja rozumiem wojnę w sposób szerszy.
To przemoc, znieważenie, konfrontacja,
niepokój, kłótnia, starcie, walka, czyjaś krzywda.
Siedzę sobie w parku i spoglądam
na przechodzących ludzi. Każdy z nich toczy jakąś wojnę – swoją osobistą. Matka
z dzieckiem walczy z ojcem dziecka o prawa do opieki; starsza kobieta walczy z
państwem o zasiłek pielęgnacyjny, by wykupić sobie leki; student walczy z
właścicielem mieszkania o zwrot kaucji, z której został okradziony; biegnąca
kobieta z nadwagą walczy z uprzedzeniami; niepełnosprawny na wózku walczy z
barierami architektonicznymi i znieczulicą ludzi. Ty też walczysz, ze światem,
z drugim człowiekiem, z samym sobą także. Codziennie wstajesz i toczysz walkę o
lepsze życie, swoje przekonania, idee, wizje, przeciwko uprzedzeniom,
nietolerancji, znieczulicy, biedzie.
Każdy z nas ma także plany
dotyczące jutra. Nawet te błahe, by zjeść na obiad łososia, czy pokazać
ukochanemu piękne miejsce, żeby razem je podziwiać. Mamy cele, marzenia,
niektóre głośno wypowiadane i silne, inne ciche i nieśmiałe. To bez znaczenia,
wszystkie są jak domek z kart, można je zdmuchnąć. Mogą zniknąć, nie stać się
realne.
To, co próbuję Ci powiedzieć jest
proste. Każdy z nas ma jakieś swoje jutro. Każdy ma też jakąś swoją wojnę,
którą toczy. Niezdarny chłopiec codziennie idzie ze swoją piłką na osiedlowe
boisko, by pokopać do bramki. Kocha ten sport, ale nie ma okazji być w nim
mistrzem, bo zanim kopnie piłkę, śmieją się z niego inni chłopcy, kuli się w
sobie i wraca do domu. Przegrał swoją wojnę, po raz kolejny, może już nigdy nie
chwyci piłki w ręce. On marzy po prostu,
by jutro móc tam pójść, dziewięć razy nie trafić, by za dziesiątym razem oddać
strzał stulecia, który zapewni mu uznanie i sympatię kolegów z boiska.
Każda wojna jest zła,
niszczycielska. Rujnuje wszystko, co spotyka na swojej drodze, niszczy plany,
idee, cele małe i duże, niszczy to, co ma nadjeść jutro. A co do jutra? Każde
jutro zasługuje na to, by się ziścić, nadejść i wywołać uśmiech na Twojej
twarzy. Niech żadna wojna nie zdoła tego zniszczyć.
sobota, 6 września 2014
To nigdy nie będzie blog dla zazdrosnych ludzi.
-Za 3 dni.
-Ale fajnie!
Zarówno Wera, która teraz już pewnie jest w swoim ukochanym
Szanghaju, jak i Lucy, która jest na kursie w Bostonie, robią coś o czym marzę-
podróżują po świecie. Jeśli jeszcze dorzucić do tej gromady wszystkie znane mi
modelki, które obecnie opanowały stolice mody, to mamy pokaźną gromadkę ludzi,
którym mogę zazdrościć.
No właśnie, ale czy na pewno?
Zazdrościmy najczęściej tego, czego sami nie mamy, czego
brak najbardziej nam doskwiera. Czasem są to tęskne spojrzenia w stronę
‘bardziej zielonego ogródka sąsiada’, a czasami pełne nienawiści podejście do
ludzi, którym coś w życiu się udało. Można powiedzieć, że czasami zazdrość może
być zdrowa, właśnie taka, która motywuje, napędza nas do działania, by osiągnąć
coś, czego my nie mamy, a ma ktoś inny. I tak, patrząc na rzesze moich
znajomych i ich zagraniczne wojaże, mogę albo ich przekląć, albo…
Jaką mam alternatywę? Podziw? Nigdy nie podziwiałam kogoś ze
względu na to, co posiadał. Absolutnie nie rusza mnie czyjś nowy ciuch,
samochód, dom. Uwielbiam ludzi, którzy coś w życiu osiągają. Jeszcze bardziej
tych, którzy robią to własnymi rękoma, a nie za sprawą bogatego tatusia, który
całe życie harował, żeby jego córeczka mogła mieszkać w pięknym mieszkaniu i nie
umie potraktować tego, jako przewagę na starcie, nie potrafi tego wykorzystać.
Nie zrozumcie mnie źle, sama bardzo bym się cieszyła, gdybym dostała od kogoś
mieszkanie, chodzi mi tylko o to, że rzadko kiedy prezenty podane na złotej
tacy, dodatkowo bardzo drogie, są dobrze owocujące; mało kto wykorzystuje to
jako potencjał, który rozwinie i który zakwitnie w przyszłości, by wydać owoce.
Moją alternatywą jest radość, że komuś coś w życiu wychodzi
i motywacja, by mi się też coś, o czym marzę udało.
Nie mam wątpliwości (mimo, że mogę powiedzieć, że na chwilę
obecną jestem szczęśliwa), że wszystko, co dobre, jest jeszcze przede mną. W
tym roku nie miałam kasy nawet na wakacje nad Bałtykiem, ale za rok… za rok
wszystko może się zmienić. Niezmiennie wierzę w moc marzeń, staram się jednak
marzenia zamieniać w cele. Cele są do realizacji. Mam cel – to brzmi lepiej.
Nauczyłam się wyznaczać sobie cele, które zrealizuję, ale
nie traktuję przy tym siebie nazbyt surowo. Potrafię powiedzieć sobie, że ten
rok jest rokiem, gdzie nic się nie zmieni, a może nawet będzie jeszcze gorzej,
by potem mogło być lepiej. Nauczyłam się tego przy moim jakże cierpliwym S.
Zatem, gorąco wierzę, że za dwa lata będę pisać do was z jakiegoś przyjemnego
miejsca na Ziemi, gdzie zamiast przejmować się NFZ, składkami ZUS, czynszem za
mieszkanie i tym, że samochody nie jeżdżą na wodę; będę robić, co kocham, z
osobą, którą kocham, w miejscu, które będę witać uśmiechem na twarzy codziennie
rano.
Ostatnio bardzo zapadły mi w pamięć słowa jednego z
czołowych polskich blogerów, który o swoim blogu napisał: „to nigdy nie był
blog dla ludzi z reklamówkami z Biedronki. Nawet wtedy, kiedy sam z nimi
chodziłem”. Niewielu ludzi potrafi, pomimo siedzenia w marnej sytuacji sięgać wyżej,
chociażby swoimi myślami i wierzyć, że za myślami biegną ich realizacje.
Tak więc, nie jest to blog dla ludzi, którzy zazdroszczą,
plują jadem na kogoś, komu się coś powiodło, udało w życiu; a sami tkwią w
swoim osobistym bagienku.
Nie zazdroszczę ani Weronice, ani Adze, ani moim modelkom.
Cieszę się i trzymam za wszystko, co robią kciuki. Może to dlatego, że sama też
chciałabym być tak potraktowana, gdy będę realizować swoje cele. Rzesze
hejterów to w rzeczywistości bardzo sfrustrowani ludzie, którzy mają za mało
odwagi, by sięgać po swoje marzenia.
Moje konto oszczędnościowe po zakupie samochodu świeci
niesamowitymi pustkami. Winą za to obarczam właśnie moje biegające bardzo
daleko myśli. Naprawdę wolę iść w tym miesiącu na sushi, niż odłożyć tę stówkę.
Lubię, podczas rowerowej wycieczki, wskoczyć na lody i nie patrząc na cenę
gałki, wziąć od razu cztery! Wolę mieszkać z moim narzeczonym w wielkim mieście,
daleko od rodzinnych stron, by korzystać z jego wszystkich możliwości,
wynajmować cholernie drogie mieszkanie, niż odkładać na wkład własny do
kredytu, mieszkając u mamusi, czy to jego, czy mojej; nie dojeżdżając do pracy
czy na uczelnie dwie godziny. Chodzi o standard, jaki sobie wyznaczyliśmy.
Podziwiam osoby, które potrafią oszczędzać na jakiś wyznaczony sobie cel. Sami też tak
zrobiliśmy, gdy zapragnęliśmy auta. I chociaż doceniam poczucie bezpieczeństwa
i komfortu, jaki dają oszczędności, nie lubię rezygnować i ograniczać się
nazbyt; myślę, że jesteśmy świetni w życiu na wyższym poziomie, dlaczego więc
mamy się ograniczać? O wiele bardziej lubimy się do niego przyzwyczajać,
czekając na czas, gdy takie życie polubi nas równie mocno, co my je ;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
Self-love!
Oprócz zawiłych emocji, które krążą po krwioobiegu z intensywnością adrenaliny u ludzi na rollercosterze, mam w sobie też prostotę starszego...
-
Dziś miałam bardzo intensywny dzień. Wstałam dość wcześnie i dość wcześnie wyszłam z domu, postanowiłam bowiem spędzić dzień aktywnie – na ...
-
Czy kochasz siebie? Własną osobę? Swoje ciało, psychikę, charakter? Po tylu latach patrzenia na świat, miłość do samego siebie stała się dl...
-
-Kiedy wylatujesz? -Za 3 dni. -Ale fajnie! Zarówno Wera, która teraz już pewnie jest w swoim ukochanym Szanghaju, jak i Lucy, któr...













