Od razu muszę zaznaczyć- istnieją szczęśliwe małżeństwa i chwała
im za przywracanie mi wiary w tę instytucję!
Ale... są też takie, które są, bo są. Bo
już się przysięgło i koniec, kropka.
Zacznijmy od tego, że bardzo nie lubię
sakramentu spowiedzi, coraz bardziej go nie lubię, do tego stopnia, że unikam.
Najpierw powodem było to, że od zawsze uważałam, że to totalnie bez sensu mówić
jakiemuś kolesiowi, że rzuciłam sobie "ku*wą" po uderzeniu się w
małego palca, czy że biorę tabletki, których kościół zabrania, równie mocno, co
zabójstwa. Dlaczego mam mu to mówić, a on ma tego słuchać? Czy nie powinien
teraz zbierać datków na sieroty, czy pomagać anonimowym alkoholikom? Jest tyle
do naprawienia na tym świecie!
Szala goryczy przebrała się, gdy pewien
koleś w czarnej sukience dał mi do zrozumienia, że mieszkając z moim chłopakiem
pod jednym dachem, śpiąc w jednym łóżku, jestem gorsza niż pan, wracający z
pracy do domu, narąbany, traktujący żonę lewym sierpowym w drodze do łóżka- ONI
MAJĄ ŚLUB! Są małżeństwem.
I to właśnie powód, przez który powstał ten wpis.
Mój związek uważam za najpiękniejszy na
świecie. Wiecie, że gdy rano się budzimy, ścigamy się, kto pierwszy powie tej
drugiej osobie "kocham Cię"? Piękne, prawda? Mogłabym wyliczać takich
naszych słodkości jeszcze wiele, ale nie o tym miało być ;) Poza tym nie mam na
celu, by pokazać wszystkim innym parom, że jesteśmy lepsi od nich.
Społeczny nacisk na tę formę przysięgania
komuś miłości sprawia, że ślub jest na mojej liście rzeczy "do
zrobienia" obok "wizyta u dentysty", "zapłacić
ZUS".
Oczywiście żyje we mnie nadal ideał romantycznego przysięgania, w
białej sukni niczym księżniczka, u boku swojego księcia, który odnalazł mnie na
tym złym świecie- to jedyny powód, dla którego ślub jeszcze rozważam, a nie już
odrzuciłam.
Co na to reszta świata? Moja najbliższa reszta świata, z której
zdaniem się liczę, bo dalsza reszta świata nie ma nic do gadania ;) , bardzo
dosadnie pokazuje mi, że ślub trzeba wziąć, nie ma w ogóle opcji, że nie. To
jaki on będzie, kogo zaproszę, gdzie będzie to drugorzędna sprawa, nie wnikają.
Ale że ma się on odbyć i to jak najszybciej (i że kościelny! Koniecznie!) jest mi przypominane przy każdej rodzinnej
nasiadówie.
Obracam się w kręgu ludzi, którzy śluby już wzięli. Niektórzy
nawet stanowczo są przeciwnikami tego typu instytucji, gdy już swój ślub mają
za sobą :P Mówią, że po ślubie wszystko się zmienia, że nie jest już tak samo.
Zastanawiam się, dlaczego. Jak wszystko może się zmienić, tylko z tego
powodu, że powiedziałeś drugiej osobie, przed setką zgromadzonych ludzi, w
kościele, czy USC, że ją kochasz i nie odpuścisz? Czy to, że kochasz i nie
opuścisz nie było wymawiane nigdy wcześniej? Czy to pierwszy raz? Pewnie nie. A
więc co się stało?
Myślę, że powodem tego, że po ślubie coś się zmienia jest to, że
ślub jest taką swoistą granicą, gdzie zaczyna się wszystko „na poważnie”. W
wielu przypadkach dopiero po ślubie zamieszkujemy razem, dopiero wtedy
dowiadujemy się, że on nie umie robić prania, albo rozrzuca skarpetki po
podłodze, że ona, gdy ma okres leży przez pierwsze jego dni w dresie, tłustych
włosach i z termoforem na brzuchu, albo że nie robi co weekend pysznych
babeczek i nie podaje ci piwa przed telewizorem, jak za czasów, gdy byłeś
gościem w jej rodzinnym domu. Często dopiero po ślubie zaczyna się prawdziwe
wspólne życie, wspólne rachunki za prąd, kompromisy, czy w tym miesiącu kupić
sobie spódniczkę, czy jemu spodnie, czy wigilię spędzić u jego, czy jej
rodziców. Potem pojawiają się dzieci, jeszcze bardziej daje o sobie znać
prawdziwe życie. Nagle nie ma się już dla siebie tyle czasu, tematy rozmów
kręcą się wokół promocji na pampersy w marketach i planach na wakacje nad
Bałtykiem.
Nie twierdzę, że to prawdziwe życie nie ma swoich uroków, że nie
może być szczęśliwe, ale często jest zderzeniem z wyobrażeniami o drugiej
osobie, która codziennie zasypia obok ciebie, o waszym wspólnym życiu.
Ja po trzech miesiącach spotykania się z moim S. nie miałam
wątpliwości, że czas razem zamieszkać. Było to tak całkowicie naturalne, że po
prostu tak wyszło. Wiem teraz, że po ślubie nie doznam szoku, widząc jakieś tam
nawyki i cechu mojego narzeczonego.
Dlaczego więc nie pozwolić młodym ludziom na dawkowanie sobie
wspomnianego prawdziwego życia, wchodzenia w nie, krok po kroku, schodek, po
schodku? Chociaż kocham każdy aspekt naszego wspólnego życia, nie wyobrażam
sobie dostać to wszystko w jednym dniu- dzień po ślubie. Taka dawka prawdziwego
życia może być przytłaczająca ;) To może być powód, przez który wszystko się
zmienia.
Pozwolę sobie jeszcze trochę czasu pobyć szczęśliwą narzeczoną,
poznawać się nadal, spędzać godziny na wspólnych rozmowach, tworząc nasz mały
rodzinny dwuosobowy świat. Oprę się sprytnymi wymówkami tematom ślubu. Na wszystko
przyjdzie czas. A i uważam, że gdy już przyjdzie czas naszego przysięgania, to
będziemy lepszym małżeństwem, niż wiele mi znanych, bo nie będzie w tym
pośpiechu i nie będzie to zrobione pod presją świata, lecz naturalnym kolejnym
krokiem w naszej wspólnej podróży ;) (ale romantycznie zakończyłam, ach! :P)








