poniedziałek, 25 sierpnia 2014

I żyli długo i szczęśliwie

Od razu muszę zaznaczyć- istnieją szczęśliwe małżeństwa i chwała im za przywracanie mi wiary w tę instytucję!
Ale... są też takie, które są, bo są. Bo już się przysięgło i koniec, kropka. 
Zacznijmy od tego, że bardzo nie lubię sakramentu spowiedzi, coraz bardziej go nie lubię, do tego stopnia, że unikam. Najpierw powodem było to, że od zawsze uważałam, że to totalnie bez sensu mówić jakiemuś kolesiowi, że rzuciłam sobie "ku*wą" po uderzeniu się w małego palca, czy że biorę tabletki, których kościół zabrania, równie mocno, co zabójstwa. Dlaczego mam mu to mówić, a on ma tego słuchać? Czy nie powinien teraz zbierać datków na sieroty, czy pomagać anonimowym alkoholikom? Jest tyle do naprawienia na tym świecie! 
Szala goryczy przebrała się, gdy pewien koleś w czarnej sukience dał mi do zrozumienia, że mieszkając z moim chłopakiem pod jednym dachem, śpiąc w jednym łóżku, jestem gorsza niż pan, wracający z pracy do domu, narąbany, traktujący żonę lewym sierpowym w drodze do łóżka- ONI MAJĄ ŚLUB! Są małżeństwem.
I to właśnie powód, przez który powstał ten wpis.
Mój związek uważam za najpiękniejszy na świecie. Wiecie, że gdy rano się budzimy, ścigamy się, kto pierwszy powie tej drugiej osobie "kocham Cię"? Piękne, prawda? Mogłabym wyliczać takich naszych słodkości jeszcze wiele, ale nie o tym miało być ;) Poza tym nie mam na celu, by pokazać wszystkim innym parom, że jesteśmy lepsi od nich.
Społeczny nacisk na tę formę przysięgania komuś miłości sprawia, że ślub jest na mojej liście rzeczy "do zrobienia" obok "wizyta u dentysty", "zapłacić ZUS". 
Oczywiście żyje we mnie nadal ideał romantycznego przysięgania, w białej sukni niczym księżniczka, u boku swojego księcia, który odnalazł mnie na tym złym świecie- to jedyny powód, dla którego ślub jeszcze rozważam, a nie już odrzuciłam.
Co na to reszta świata? Moja najbliższa reszta świata, z której zdaniem się liczę, bo dalsza reszta świata nie ma nic do gadania ;) , bardzo dosadnie pokazuje mi, że ślub trzeba wziąć, nie ma w ogóle opcji, że nie. To jaki on będzie, kogo zaproszę, gdzie będzie to drugorzędna sprawa, nie wnikają. Ale że ma się on odbyć i to jak najszybciej (i że kościelny! Koniecznie!)  jest mi przypominane przy każdej rodzinnej nasiadówie. 
Obracam się w kręgu ludzi, którzy śluby już wzięli. Niektórzy nawet stanowczo są przeciwnikami tego typu instytucji, gdy już swój ślub mają za sobą :P Mówią, że po ślubie wszystko się zmienia, że nie jest już tak samo.
Zastanawiam się, dlaczego. Jak wszystko może się zmienić, tylko z tego powodu, że powiedziałeś drugiej osobie, przed setką zgromadzonych ludzi, w kościele, czy USC, że ją kochasz i nie odpuścisz? Czy to, że kochasz i nie opuścisz nie było wymawiane nigdy wcześniej? Czy to pierwszy raz? Pewnie nie. A więc co się stało?
Myślę, że powodem tego, że po ślubie coś się zmienia jest to, że ślub jest taką swoistą granicą, gdzie zaczyna się wszystko „na poważnie”. W wielu przypadkach dopiero po ślubie zamieszkujemy razem, dopiero wtedy dowiadujemy się, że on nie umie robić prania, albo rozrzuca skarpetki po podłodze, że ona, gdy ma okres leży przez pierwsze jego dni w dresie, tłustych włosach i z termoforem na brzuchu, albo że nie robi co weekend pysznych babeczek i nie podaje ci piwa przed telewizorem, jak za czasów, gdy byłeś gościem w jej rodzinnym domu. Często dopiero po ślubie zaczyna się prawdziwe wspólne życie, wspólne rachunki za prąd, kompromisy, czy w tym miesiącu kupić sobie spódniczkę, czy jemu spodnie, czy wigilię spędzić u jego, czy jej rodziców. Potem pojawiają się dzieci, jeszcze bardziej daje o sobie znać prawdziwe życie. Nagle nie ma się już dla siebie tyle czasu, tematy rozmów kręcą się wokół promocji na pampersy w marketach i planach na wakacje nad Bałtykiem.
Nie twierdzę, że to prawdziwe życie nie ma swoich uroków, że nie może być szczęśliwe, ale często jest zderzeniem z wyobrażeniami o drugiej osobie, która codziennie zasypia obok ciebie, o waszym wspólnym życiu.
Ja po trzech miesiącach spotykania się z moim S. nie miałam wątpliwości, że czas razem zamieszkać. Było to tak całkowicie naturalne, że po prostu tak wyszło. Wiem teraz, że po ślubie nie doznam szoku, widząc jakieś tam nawyki i cechu mojego narzeczonego.
Dlaczego więc nie pozwolić młodym ludziom na dawkowanie sobie wspomnianego prawdziwego życia, wchodzenia w nie, krok po kroku, schodek, po schodku? Chociaż kocham każdy aspekt naszego wspólnego życia, nie wyobrażam sobie dostać to wszystko w jednym dniu- dzień po ślubie. Taka dawka prawdziwego życia może być przytłaczająca ;) To może być powód, przez który wszystko się zmienia.

Pozwolę sobie jeszcze trochę czasu pobyć szczęśliwą narzeczoną, poznawać się nadal, spędzać godziny na wspólnych rozmowach, tworząc nasz mały rodzinny dwuosobowy świat. Oprę się sprytnymi wymówkami tematom ślubu. Na wszystko przyjdzie czas. A i uważam, że gdy już przyjdzie czas naszego przysięgania, to będziemy lepszym małżeństwem, niż wiele mi znanych, bo nie będzie w tym pośpiechu i nie będzie to zrobione pod presją świata, lecz naturalnym kolejnym krokiem w naszej wspólnej podróży ;) (ale romantycznie zakończyłam, ach! :P)

2 komentarze:

Self-love!

Oprócz zawiłych emocji, które krążą po krwioobiegu z intensywnością adrenaliny u ludzi na rollercosterze, mam w sobie też prostotę starszego...