sobota, 6 września 2014

To nigdy nie będzie blog dla zazdrosnych ludzi.


-Kiedy wylatujesz?
-Za 3 dni.
-Ale fajnie!
Zarówno Wera, która teraz już pewnie jest w swoim ukochanym Szanghaju, jak i Lucy, która jest na kursie w Bostonie, robią coś o czym marzę- podróżują po świecie. Jeśli jeszcze dorzucić do tej gromady wszystkie znane mi modelki, które obecnie opanowały stolice mody, to mamy pokaźną gromadkę ludzi, którym mogę zazdrościć.
No właśnie, ale czy na pewno?
Zazdrościmy najczęściej tego, czego sami nie mamy, czego brak najbardziej nam doskwiera. Czasem są to tęskne spojrzenia w stronę ‘bardziej zielonego ogródka sąsiada’, a czasami pełne nienawiści podejście do ludzi, którym coś w życiu się udało. Można powiedzieć, że czasami zazdrość może być zdrowa, właśnie taka, która motywuje, napędza nas do działania, by osiągnąć coś, czego my nie mamy, a ma ktoś inny. I tak, patrząc na rzesze moich znajomych i ich zagraniczne wojaże, mogę albo ich przekląć, albo…
Jaką mam alternatywę? Podziw? Nigdy nie podziwiałam kogoś ze względu na to, co posiadał. Absolutnie nie rusza mnie czyjś nowy ciuch, samochód, dom. Uwielbiam ludzi, którzy coś w życiu osiągają. Jeszcze bardziej tych, którzy robią to własnymi rękoma, a nie za sprawą bogatego tatusia, który całe życie harował, żeby jego córeczka mogła mieszkać w pięknym mieszkaniu i nie umie potraktować tego, jako przewagę na starcie, nie potrafi tego wykorzystać. Nie zrozumcie mnie źle, sama bardzo bym się cieszyła, gdybym dostała od kogoś mieszkanie, chodzi mi tylko o to, że rzadko kiedy prezenty podane na złotej tacy, dodatkowo bardzo drogie, są dobrze owocujące; mało kto wykorzystuje to jako potencjał, który rozwinie i który zakwitnie w przyszłości, by wydać owoce.
Moją alternatywą jest radość, że komuś coś w życiu wychodzi i motywacja, by mi się też coś, o czym marzę udało.
Nie mam wątpliwości (mimo, że mogę powiedzieć, że na chwilę obecną jestem szczęśliwa), że wszystko, co dobre, jest jeszcze przede mną. W tym roku nie miałam kasy nawet na wakacje nad Bałtykiem, ale za rok… za rok wszystko może się zmienić. Niezmiennie wierzę w moc marzeń, staram się jednak marzenia zamieniać w cele. Cele są do realizacji. Mam cel – to brzmi lepiej.
Nauczyłam się wyznaczać sobie cele, które zrealizuję, ale nie traktuję przy tym siebie nazbyt surowo. Potrafię powiedzieć sobie, że ten rok jest rokiem, gdzie nic się nie zmieni, a może nawet będzie jeszcze gorzej, by potem mogło być lepiej. Nauczyłam się tego przy moim jakże cierpliwym S. Zatem, gorąco wierzę, że za dwa lata będę pisać do was z jakiegoś przyjemnego miejsca na Ziemi, gdzie zamiast przejmować się NFZ, składkami ZUS, czynszem za mieszkanie i tym, że samochody nie jeżdżą na wodę; będę robić, co kocham, z osobą, którą kocham, w miejscu, które będę witać uśmiechem na twarzy codziennie rano.
Ostatnio bardzo zapadły mi w pamięć słowa jednego z czołowych polskich blogerów, który o swoim blogu napisał: „to nigdy nie był blog dla ludzi z reklamówkami z Biedronki. Nawet wtedy, kiedy sam z nimi chodziłem”. Niewielu ludzi potrafi, pomimo siedzenia w marnej sytuacji sięgać wyżej, chociażby swoimi myślami i wierzyć, że za myślami biegną ich realizacje.
Tak więc, nie jest to blog dla ludzi, którzy zazdroszczą, plują jadem na kogoś, komu się coś powiodło, udało w życiu; a sami tkwią w swoim osobistym bagienku.
Nie zazdroszczę ani Weronice, ani Adze, ani moim modelkom. Cieszę się i trzymam za wszystko, co robią kciuki. Może to dlatego, że sama też chciałabym być tak potraktowana, gdy będę realizować swoje cele. Rzesze hejterów to w rzeczywistości bardzo sfrustrowani ludzie, którzy mają za mało odwagi, by sięgać po swoje marzenia.
Moje konto oszczędnościowe po zakupie samochodu świeci niesamowitymi pustkami. Winą za to obarczam właśnie moje biegające bardzo daleko myśli. Naprawdę wolę iść w tym miesiącu na sushi, niż odłożyć tę stówkę. Lubię, podczas rowerowej wycieczki, wskoczyć na lody i nie patrząc na cenę gałki, wziąć od razu cztery! Wolę mieszkać z moim narzeczonym w wielkim mieście, daleko od rodzinnych stron, by korzystać z jego wszystkich możliwości, wynajmować cholernie drogie mieszkanie, niż odkładać na wkład własny do kredytu, mieszkając u mamusi, czy to jego, czy mojej; nie dojeżdżając do pracy czy na uczelnie dwie godziny. Chodzi o standard, jaki sobie wyznaczyliśmy.

Podziwiam osoby, które potrafią oszczędzać  na jakiś wyznaczony sobie cel. Sami też tak zrobiliśmy, gdy zapragnęliśmy auta. I chociaż doceniam poczucie bezpieczeństwa i komfortu, jaki dają oszczędności, nie lubię rezygnować i ograniczać się nazbyt; myślę, że jesteśmy świetni w życiu na wyższym poziomie, dlaczego więc mamy się ograniczać? O wiele bardziej lubimy się do niego przyzwyczajać, czekając na czas, gdy takie życie polubi nas równie mocno, co my je ;)

2 komentarze:

  1. Świetny wpis :)
    Pozdrawiam, M ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się Twój blog, ięc zaryzykuję nominację do LBA. :)
    http://hominis-est-errae.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Self-love!

Oprócz zawiłych emocji, które krążą po krwioobiegu z intensywnością adrenaliny u ludzi na rollercosterze, mam w sobie też prostotę starszego...