środa, 30 lipca 2014

Nie kochasz siebie, to jak chcesz pokochać kogoś innego?

Czy kochasz siebie? Własną osobę? Swoje ciało, psychikę, charakter?
Po tylu latach patrzenia na świat, miłość do samego siebie stała się dla mnie głównym kryterium dotyczącym wchodzenia w związki.
Samoocenę budujemy w dzieciństwie. Wynosimy ją z domu, najbliższego otoczenia.
Na początku dziecko jest cenne z jednego jedynego powodu: JEST. Po prostu.
Dopiero później wchodzi ono w system społecznych osądów, opinii na swój temat. Próbuje sprostać wymaganiom, jakie są mu stawiane na różnych etapach życia. Jeśli się mu to udaje, dostaje informacje zwrotną od świata typu: "poradziłeś sobie, jesteś świetny!". Natomiast gorzej sprawa się ma, jeśli dziecko nie może z różnych powodów sprostać stawianym przez świat wymaganiom, jeszcze gorzej, gdy zamiast pochlebnego dopingu i docenienia, usłyszy: "nie dałeś sobie z tym rady, chyba coś z tobą nie tak", "na drugi raz bardziej się postaraj!", "jesteś nic nie warty, skoro nie potrafisz tego zrobić".
Tak wyposażone dziecko rusza w świat. Albo wierzy w siebie, albo nie, albo kocha siebie, albo nie.
Miłość do siebie, niestety nie sprzedawana jako suplement diety, sprawia, że po prostu zwyczajnie łatwiej się żyje. W lustro patrzysz z uśmiechem, myślisz o sobie normalnie, zdrowo, bez zbędnej nieuzasadnionej krytyki.
Niska samoocena blokuje. I to na każdym kroku. Nie rzucisz pracy i nie poszukasz lepszej, bo przecież i tak się nie uda. Nie poprosisz o podwyżkę, bo taki beznadziejny pracownik, jak ty na nią nie zasługuje. Zgadzasz się na 3 z odpowiedzi z historii, chociaż się uczyłeś, bo przecież ktoś z takim sposobem wypowiadania się nie może dostać więcej niż 3! Nie zagadasz do kolesia w autobusie, bo... Bo co? Krzywo się na ciebie spojrzy, wyśmieje cię, albo sobie coś pomyśli.
Znasz to? Związki nie są dla ciebie.
Dlaczego jakiś drugi człowiek ma być obarczony twoim wewnętrznym poczuciem nieszczęścia, winy, niższości. Dlaczego on ma codziennie rano zapewniać cię, że w tej sukience naprawdę nie wyglądasz grubo, dlaczego ma namawiać, abyście dzisiaj uprawiali seks przy zapalonym świetle, dlaczego ma codziennie dopingować cię, byś wreszcie poszedł do szefa i zażądał podwyżki, bo "ZASŁUGUJESZ na nią!", dlaczego ma brać na siebie ciężar napędzania twojego życia do przodu?
Dlaczego ma wierzyć w twoje "kocham cię"? Czy ty wiesz, czym jest w ogóle miłość? Na jakich fundamentach zbudowałeś swoją o niej wiedzę? A może kochasz tę drugą osobę za samą jej obecność, bo jesteś tak beznadziejny, że nie umiesz wymagać czegoś więcej?
Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Mam tylko wrażenie, że faceci nieco bardziej kamuflują niską samoocenę, chowają to głębiej i ujawnia się to w innych aspektach życia. U kobiet jak na dłoni widać, że ona nie lubi swojego ciała, że idzie po raz enty do łóżka z żonatym, bo nie wierzy, że zasługuje na normalny, szczęśliwy związek.
Prosty łańcuch przyczynowo-skutkowy pokazuje prostą zależność: kochasz siebie - wierzysz, że na coś zasługujesz - sięgasz po to.
Taka osoba nie zadowala się ochłapami. Nie wiąże się z facetem, który ją bije, wyzywa od dziwek, nie ma perspektyw, albo z kobietą, która z przyjaciółkami obgaduje długość jego członka. Taka osoba woli poczekać, bo wierzy, że zasługuje na coś lepszego, a na niektóre lepsze rzeczy trzeba poczekać. Wyłuskać je z masy tandety, kiczu, popularnej taniości.
Zbuduj najpierw siebie, naucz się siebie kochać, wymagać od świata lepszych rzeczy dla siebie, przyciągać szczęście na zewnątrz można tylko szczęściem wewnątrz siebie.
No... to teraz przyznać się, kto siebie kocha, kto nie marudzi swojej drugiej połówce "jestem do niczego", a ta druga połówka musi zaprzeczać, chociaż powinna kopnąć was wtedy w dupę? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Self-love!

Oprócz zawiłych emocji, które krążą po krwioobiegu z intensywnością adrenaliny u ludzi na rollercosterze, mam w sobie też prostotę starszego...