Nie jest łatwo być dzieckiem szczęścia
Był gorący sierpniowy dzień, gdy przyszłam na świat. Zimne
lekarskie dłonie wtargnęły z impetem z brzucha mojej mamy, wyciągając moje
małe, zaplątane w pępowinę ciałko.
1:0 dla mnie, żyję, wygrałam ze światem.
Jestem pewna, że to wtedy wszystko się zaczęło. Nie tylko
życie, nie, także bycie dzieckiem, dzieckiem szczęścia.
Potem było już tylko gorzej. A może nie, może jednak lepiej.
Oceńcie sami.
Urodziłam się z problemami zdrowotnymi, dzięki mamie
pracującej w służbie zdrowia i jej umiejętności przedzierania się przez absurdy
tej branży, od razu zostałam objęta najlepszą opieką medyczną, jaka była
możliwa. Nie czekałam na diagnozę ani chwili, była znana już po moim urodzeniu,
dzięki temu cały proces przebiegł bardzo szybko – lekarze, operacje, szpitale,
sanatoria i tak przez większość dzieciństwa.
Raz zachłysnęłam się po operacji własną śliną. Podobno na
oddziale, na którym leżałam nie było sprawnego ssaka. Mogę sobie tylko
wyobrazić powagę i grozę tej sytuacji, ale ssak znalazł się inny, ktoś go
szybko przyniósł z innego oddziału, a ja już po chwili oddychałam jak przedtem.
Innym razem mój tata, trzymając mnie za kostki do góry
nogami, próbował wytrząsnąć ze mnie kawałek kiełbasy, który utknął mi w gardle.
Udało się. Znów moje szczęście.
Dzieciństwo – czas usłany różami. Mnóstwo szczęścia
przepływającego hektolitrami, wylewającego się z czeluści mojego dziecięcego
pokoiku z błękitną tapetą w białe gąski. Wspomnienie wszystkich gwiazdkowych
prezentów, małego czarnego pieska, który urósł i okazał się być dobermanem,
godzin do późna na podwórku, ścigając się z chłopakami na rowerach, tysiące
lalkowych głów uczesanych wg mojego pomysłu, niezliczona ilość gum balonowych i
wyciskanych wodnych lodów, rzesze przyjaciół na śmierć i życie, pozdzierane
kolana opatrywane śliną. Dzieciństwo małej księżniczki z lat ’90.
Były złe chwile, jak śmierć taty, czy operacje, albo pobyty
w sanatorium, gdzie bardzo tęskniłam za domem. Z perspektywy czasu mogę
stwierdzić, że nie były to rzeczy, których nie zdołałam unieść. Oczywiście
wszystko na mnie w jakiś tam sposób wpłynęło, ale nie spowodowało, że nie
mogłam podnieść się, otrzepać i iść dalej z uśmiechem na ustach.
Cały czas byłam wrzucana w życiowe sytuacje. Uczono mnie
sobie radzić. Z wrodzonym sprytem dobierałam sobie przedmioty w szkole, których
chciało mi się uczyć, resztę chciałam mieć „na 3”. To ja byłam osobą, którą
wysyła się do pani, żeby przełożyła kartkówkę, albo która wyskoczy przed szereg
w obronie całej klasy. Zawsze mi się udawało, nie dostawałam konsekwencjami
swoich czynów przez łeb.
Gdy uczyłam się jeździć na nowym rowerze, dużo większym niż
poprzedni, wpadłam rozpędzona z górki na płot z siatki. Odbiły mi się niemal na
twarzy jego oczka. Rozejrzałam się, czy nikt nie widzi, pozbierałam rower,
otrzepałam się i znów na niego wsiadłam.
Mama sukcesywnie we mnie budowała wiarę, że można mi
wszystko. Nie mam tu na myśli braku zasad, chociaż chyba mogę powiedzieć, że
byłam bardziej z tych rozpieszczonych dzieciaków, niż ze znających granicę. To
spowodowało wielką odwagę w stąpaniu po świecie. Głód jaki posiadałam oraz
przyzwolenie społeczne do sięgania po kolejne sukcesy powodowały parcie do
przodu w zawrotnej prędkości.
Nie miałam jakiś wybitnych osiągnięć w szkole. Byłam
lubiana, zawsze obecna w towarzystwie. Oraz bardzo
sprytna. Pamiętam mnóstwo sytuacji z liceum, gdzie spryt, mój i mojej
najlepszej przyjaciółki, wyciągał nas z każdych tarapatów. Pytanie z historii,
czy kartkówki z polskiego- pestka. Miałam swoje koniki, gdzie lubiłam pokazywać
swoją ambitną i dominującą naturę, miałam też przedmioty, gdzie najniższa linia
oporu mnie satysfakcjonowała. Nie musiałam mieć 5 z chemii, wolałam dyskutować
o świecie politycznym na WOSie. Mimo to zawsze osiągałam taką średnią, że nie
dość, że mi to pasowało, to jeszcze mojej ambitnej mamie również ;)
Pamiętam kilka sytuacji, gdzie autentycznie i w sposób wcale
nie wyolbrzymiony, czułam jakąś wyższą siłę, która mnie ratuje. Może to Bóg,
może mój Anioł Stróż, Tata, a może po prostu Los.
Cały ten proces wpadania w tarapaty, duże czy małe, a potem
wychodzenia z nich najczęściej bez szwanku (przez jakiś tam mój spryt,
cwaniactwo i zwyczajne szczęście) potęgował tylko u mnie poczucie mocy,
sprawczości i siły.
Dorosłość – zderzenie dziecka szczęścia ze światem dorosłych
problemów.
Nie jest łatwo być dzieckiem szczęścia. Ktoś, kto bezczelnie
wyzywa świat na pojedynek, za każdym razem zgarniając profity, w końcu się na to
natnie.
Można komuś napluć w twarz, raz, dwa, może nawet trzy, lecz
w końcu ktoś Ci odda, ze zdwojoną siłą, niespodziewanie.
Gdy coś się udaje, oprócz informacji, że masz zapewne kupę
szczęścia, otrzymujesz informacje, że jesteś zajebisty i możesz to powtórzyć.
Pewność siebie budowana od dziecka może przynieść wielki sukces, albo wielką
porażkę. Jedno z dwóch, nie ma nic po środku. Nie lubię „po środku”.
Dorosłe życie kopie mocniej, niż dwója z chemii w gimnazjum.
Musisz zarabiać, radzić sobie z tysiącem nowych sytuacji, mierzyć się z
totalnie nowymi problemami, większymi, straszniejszymi, musisz znać się na
prawie, by nie podpisać niekorzystnej umowy najmu, by nie dać się wydymać
ZUSowi (on wciąż to robi!), musisz nauczyć się gotować, by nie umrzeć z głodu, wsiadać
do właściwego tramwaju, dzielić czas na wszystkie obowiązki, samodzielnie
rezygnować z rzeczy, których „teraz nie, może później”. Znasz to?
Tak, ja też. To i wiele innych. Ale jest mi trudniej niż
niektórym, bo wszystko mi się w życiu udawało. Gorzej znoszę porażki i bardziej
bolą mnie absurdy. A najgorzej, gdy coś nie zależy ode mnie, gdy mój spryt
małej dziewczynki nie pomaga mi przeskoczyć pewnych życiowych, dorosłych spraw.
Wtedy kopie po dupie, mocno.
Ale… uczono mnie sobie z tym radzić. Powoli akceptuję fakt,
że nie jestem największym szczęściarzem na świecie i będą się działy rzeczy,
które mnie dotkną, w negatywnym znaczeniu. Ale może bycie największym
szczęściarzem na świecie wcale nie wyklucza takich sytuacji, a przeciwnie,
tworzy je, by móc konsekwentnie je przeskakiwać. Przychodzą problemy, a ty
wciąż dajesz sobie z nimi radę, już nie tylko dzięki dziecięcemu sprytowi, ale
wypracowanej na masie doświadczeń sile.

