środa, 27 lipca 2016

Ten nasz taras betonowy i pies schroniskowy.

Widzą te moje błyszczące iskierki w oczach, gdy mówię z pełnym przekonaniem o mojej filozofii szczęścia ze wszystkiego co mam, co mnie otacza, kto mnie otacza. Patrzą i widzę, jak im też zaczynają błyszczeć oczy.

Nie zawsze tak było. Osobą, która wbija mi do głowy non stop, że mam się cieszyć z tego, co mam jest mój przyszły Mąż. Gdy mnie poznał byłam zachłanną, wiecznie chcącą czegoś więcej dziewuchą. Na marne było mi powtarzać, że mam jego, mamy swój mały pokoik, który potem zmieniliśmy na większy, że zdaliśmy prawo jazdy i już po wyjściu z WORD-u wsiadamy do naszego własnego Clio, że jedziemy na wakacje nad Bałtyk, że z ikei wychodzimy zawsze biedniejsi o 500 zł minimum- czyli te pieniądze mamy, skoro wydajemy. Ja i tak z uporem maniaka, uważałam, że muszę więcej, muszę szybciej. Że te wakacje to powinny być na Malediwach, a to Clio to Mazda być powinna... Uwierzcie, że teraz jak sobie o tym myślę, to bym sobie w tamtym momencie przyp*erdoliła... Dziwię się, że tego nie robił, tak codziennie, rutynowo.
Ale On powtarzał, że wszystko po kolei, w swoim czasie, a ja teraz dopiero widzę w Jego głosie tą wielką nadzieję, że kiedyś zobaczę, jak bardzo się stara, by było nam lepiej, by spełniać mógł moje zachcianki, marzenia, ale widzę też marzenie Jego, bym zeszła trochę na Ziemię i cieszyła się z tych spełnionych, a nie śniła już o kolejnych, a te kolejne to nie jakieś tam drobne, nie, nie, bo ja jestem z tych z rozmachem marzących, o Maździe, Malediwach, domu przynajmniej 200 m kw.

Dzisiaj otworzyłam okno na taras, tak szeroko, by poczuć zapach deszczu. Spojrzałam na to nasze biało- rude szczęście czworonożne. Na ten żywy dowód mojego nie tak skrajnego egoizmu, a przynajmniej dowód na to, że ten egoizm czasem schodzi na drugi plan, albo chociaż można raz po raz połączyć go z jakimś dobrem płynącym. Otóż ten pies zwany Borysem, to teraz najszczęśliwszy pies świata, uciekł nam ostatnio, a ja płakałam, jak nie płakałam od lat kilku. Wrócił sam, a ja nie wiedziałam, czy mam go zabić, czy uściskać. Borys to pies schroniskowy, sam pomysł psa to egoizm w czystej postaci, takie nasze wspólne dziecięce "ja chcę psa!", ale to, że jest kundlem, ze schroniska, ze skrzywioną psychiką, że teraz bawi się tym głupim patykiem, gdy jeszcze chwilę temu truchlał ze strachu przy każdym otwarciu drzwi- to już nie egoizm. To moja jedna przypadkowa myśl, że nie będzie rasowy, że chcę podarować jakiemuś nieszczęśnikowi dom, taki jakiego nigdy nie miał. To znów powrót do tego szczęścia, bo ten nasz Borys tak mi przypomina czasami, żeby się cieszyć z tego, co mam, bo mimo, że piękny taki i mądry coraz bardziej to i tak wciąż boi się obcych, gości naszych nie lubi, ale jest NASZ, najszczęśliwszy taki.
Paradoksalnie wtedy, gdy zaczęłam się cieszyć, że to Clio jest spoko, że siadam, jadę gdzie chcę, że na głowę nie pada, właśnie wtedy zaczęły pojawiać się inne szczęścia. W ciągu ostatnich miesięcy zaakceptowałam, że mieszkam w dziurze jednak, ale to piękny dom, że ma te wymarzone 200 m i już przestało mi przeszkadzać, że nie jest w Suchym Lesie... Że ten taras, te uginające się od pomidorów gałązki, to podwórko z lawendą i psem, że ten zapach deszczu, że ja i on na tym tarasie to niezwykłe szczęście.
A szczęście przyciąga szczęście, tak ogromnie w to wierzę, nawet jak przez chwile o tym zapominam, bo coś idzie nie tak, ciężko i trudno w życiu, to ja wierzę.

Filozofia szczęścia - mam nadzieję, że Maria i Adam pojęli chociaż trochę moją chaotyczną wypowiedź, po 10 km wiosłowania na pontonie, na ławce nad Nysą Kłodzką, o tym, jak trzeba się cieszyć z tarasu, a nie widzieć, że na nim jeszcze beton. Ten nasz taras jest naprawdę piękny, a jak te lawendy jeszcze podrosną i pachnieć będzie- ACH!


wtorek, 15 marca 2016

Już to masz!

Na co dzień nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wielką moc mają nasze emocje. Społeczny nacisk na zdrowy rozsądek, logiczne myślenie, planowanie, strategie sprowadziły nasze życie do gry szachowej.
Poradniki o życiu mówią Ci, że w życiu najważniejsze to znaleźć pasję. Budzisz się zatem codziennie rano, idąc do pracy, która nie sprawia Ci przyjemności, marząc o pasji, która Cię pochłonie, da Ci szczęście, spełnienie. 

Pasja. Magiczne słowo. Poradniki o życiu podkreślają jej rolę w życiu i zachęcają do jej poszukiwań. Stajesz się bezwiednie elementem w samonapędzającej się machinie- zapisujesz się na warsztaty kulinarne, dopisujesz się do newsletterów biur podróży, odkopujesz stare narty/ łyżwy/ rolki, kupujesz buty do biegania. 
Szukasz. Przecież pasja ma dać ci SZCZĘŚCIE. 

Zatrzymaj się i wyłącz wiecznie analizującą głowę. Przestań myśleć, że pasja to, coś co musisz znaleźć, coś co cię uszczęśliwi, coś co zapewni kasę, coś co da ci spełnienie w pracy. 

Po pierwsze.
Już masz pasje. Tak, tak, nie musisz jej szukać. 
Prawdopodobnie wypełnia ona twoje życie już od dawna. Może masz ją już od dziecka, może już wtedy zaczęła się twoja z nią przygoda. Co lubiłeś robić jako dziecko? Może budowałeś tamy z błota, albo zbierałeś ślimaki. Twój pokój pływał z komiksach, a może wypełniały go atlasy o świecie?

Dziecko nie zastanawia się, budując namiot z koców, nie analizuje- "buduję namiot z koców, to będzie teraz moja pasja, może, gdy dorosnę zostanę projektantem domów i przemienię pasję w sposób na życie i zarabianie pieniędzy". 
Dziecko po prostu zwyczajnie TO robi, bo sprawia mu to radość, napędzają go emocje, niepohamowana chęć odczuwania przyjemności, czysty hedonizm. Dlatego też większość rozwojowych rzeczy we wczesnym dzieciństwie jest zaprogramowana na przyjemność i dążenie do niej. Dla małego dziecka wkładanie przypadkowych rzeczy do buzi jest przyjemne, a dzięki temu poznaje świat. Dla troszkę większego brzdąca przyjemnością jest próbowanie wstać, mimo, że upada, jakaś niewiadoma siła karze mu spróbować jeszcze raz, by w końcu doprowadzić do pełni szczęścia- biegania za przerażonym kotem.
Powodują tym emocje, hormony, popędy, instynkt. Ostateczną bonifikatom jest przyjemność.

Pasja to przyjemność, pasja daje ci przyjemność.

Po drugie.
Tak więc, masz ją obok siebie, czasem od bardzo, bardzo dawna.
Rzeczy, które nam towarzyszą od dawna, powszednieją. Ile razy po wejściu do domu z pracy lub szkoły mijasz obraz w przedpokoju? Znasz go na wskroś, każdy jego odcień i cień. Ale, gdyby ktoś zwrócił na niego uwagę i się nim zachwycił, mówiąc, że to twoja najlepsza rzecz w domu, byłbyś wielce zadziwiony, prawda? Rzeczą codziennym odbieramy nieświadomie ich wyjątkowość.

Pasja cię otacza, wręcz pochłania cię bez reszty. Może jest to jedna rzecz, może dwie, trzy? A jednak, wchodząc w dorosłe życie, myślisz co z nim zrobić. Czym zapełnić swoje dorosłe dni, gdzie pójść do pracy, co robić.
Nagle zagłębiasz się w milion nowych rzeczy, zapisujesz się na kurs kulinarny, kupujesz buty do biegania, zakładasz bloga o urządzaniu wnętrz. Po pewnym czasie stwierdzasz, że to nie to, że znalezienie pasji to grubsza sprawa. Próbujesz więc znów, i znów, i znów. Nad jednymi rzeczami zatrzymujesz się na dłużej, inne pochłoną cię tylko na chwilę, szybko je porzucisz. W głowie kiełkuje frustracja, że nie możesz osiągnąć pełni szczęścia, bo nie możesz znaleźć pasji, sensu życia.

Jakimś dziwnym trafem nie potrafisz spojrzeć na swoje codzienne przyjemne zajęcia, jak na pasję twojego życia, sposób na jego usensownienie.
Są one tak oczywiste, że ciężko ci przytwierdzić im etykietę pasji, bo wmówiono ci, że pasja to coś niezwykłego, natchnionego i niedoścignionego.

Po trzecie.
Oni znów cię okłamali. Najpierw wmówili, że musisz poszukiwać pasji, odejmując twojej już istniejącej wyjątkowość i sens, a potem...
...powiedzieli, że pasja jest kluczem do dostatniego życia, że tylko jako człowiek robiący coś z pasją, będziesz mógł czerpać z tego korzyści pieniężne, zarabiać z przyjemnością.
Otóż pasja nie oznacza dostatniego życia, prawdopodobnie przyznają mi rację osoby, które pasję spróbowały zamienić na maszynkę do robienia pieniędzy. Do takich też należę ja.
Fotografia najpierw oznaczała dla mnie aparat w plecak, rower i wypad z koleżanką na działki, milion zdjęć, ich selekcja, przeróbka, publikacja w internecie i radość, że komuś się podoba. Później była już własna firma, nóż na gardle, by zarobić na ZUSy... Pojedynczy klienci, którzy próbowali ugrać coś więcej dla siebie, którym nie odpowiadała cena, bądź miejsce sesji itp. Nagle moja pasja była skomercjalizowana, robiłam sesje na czyjeś zlecenie, wg. czyjejś wizji siebie, często mogłam się realizować w 100%, bo ktoś zdał się na mnie, ale jednak częściej ktoś coś mi narzucał, w większym lub mniejszym stopniu. Myślenie o fotografii jako przyjemności gdzieś tam na chwile odeszło. Udało mi się jednak trochę to wyważyć, dzielić czas i siły przez komercyjne zlecone sesje osób prywatnych, a moje projekty, za które nie miałam kasy, ale były MOJE :)

Pasja nie musi być twoim sposobem na życie.
Istnieje wtedy dość duże prawdopodobieństwo, że przestaniesz się nią tak zwyczajnie cieszyć. Oczywiście wcale nie musi tak być ;) może akurat uda ci się wypośrodkować wszystko i znaleźć ten pożądany złoty środek. Mi w końcu się udało- na fotografii zarabiam okazjonalnie, ale dzięki temu robienie zdjęć to dla mnie przyjemność sama w sobie :)

Jakiś czas temu poznałam zapalonego DJ'a weselnego. Muzykę lubił, robił to dobrze, zagrał swoje, pakował manatki, szedł do domu. I tak cały letni, weselno-ślubny sezon. Jednak gdy tylko nad naszym pięknym krajem zaczęła panować późna jesień, potem zima, brał walizkę, kupował bilet i wylatywał do Meksyku- oddawać się swojej pasji, którą jest nurkowanie.

Pewnie każdy z nas zna kogoś takiego- zarabia na czymś innym niż jego pasja, ale to pozwala mu na spełnianiu się na tym właściwym, drugim polu.
I wiecie co, to dla mnie właśnie jest szczęście.
:)

p.s. zdjęcia mojego autorstwa plus foto z modelką i wizażystką z czasów, gdy fotografia cieszyła najbardziej i była najczystszą postacią pasji :)
















Self-love!

Oprócz zawiłych emocji, które krążą po krwioobiegu z intensywnością adrenaliny u ludzi na rollercosterze, mam w sobie też prostotę starszego...