Dziś miałam bardzo intensywny
dzień. Wstałam dość wcześnie i dość wcześnie wyszłam z domu, postanowiłam
bowiem spędzić dzień aktywnie – na rowerze. Zdecydowanie obiecuję sobie, że jutro też pójdę na rower.
Odwiedziłam ulubioną lodziarnię
zamawiając dwie gałki swoich ulubionych lodów. Jutro zamówię trzy, nie po to się tyle ruszam, żeby się ograniczać
przy jedzeniu ulubionych lodów ;)
Później ruszyłam dość szybkim
tempem w kierunku lasku, gdzie zawsze spalam kalorie po lodach. Najpierw szybka
jazda po leśnym poszyciu, robię przystanek na siłowni na świeżym powietrzu i
kilka szybkich ćwiczeń, potem jazda dalej, w głąb, by odkryć nową miejscówkę –
piękny staw. Jest bosko, pogoda
wymarzona, promienie słońca odbijają się w tafli wody, jakaś para ma właśnie
swój plener fotograficzny, a ja zajęta jestem podziwianiem piękna przyrody i
budzącej się do życia jesieni. Siedzę na ławce, dzwoni Sebastian, opowiadam z
przejęciem, jak tu ślicznie i obiecuję, że jak wróci z konferencji to go tu
zabiorę, jutro.
Wracam zmęczona do domu, wstępując
jeszcze po drodze do biedronki, z polecenia mojej mamy biorę pierogi, których
przygotowanie wymaga podobno 2 minuty, czym jestem zachwycona, bo nie mam czasu
na stanie dzisiaj przy garach. Mijam stoisko z rybami, postanawiam jutro zrobić sobie łososia z
piekarnika.
Po obiedzie chcę poleżeć dla
odmiany i odpocząć. Znów biorę rower i jadę do parku w centrum miasta. Ok, jutro trochę popracuję, może też leżąc,
ale efektywnie ;)
Jest całkiem przyjemnie,
wyłączając ciągły huk, gdzieś w oddali. Na szczęście długo nie muszę
zastanawiać się, co to, bo za kilka minut widzę już na niebie znajomy widok
odrzutowców wojskowych. Nie robią one na mnie zbytniego wrażenia, bo wiem, że
nieopodal znajduje się baza wojskowa, gdzie stacjonują.
Jest koło 17 i decyduję się wracać
do domu, może jutro zostanę dłużej.
Nie mam daleko. Żeby nie słuchać klaksonów samochodowych, przypadkowych rozmów
ludzi, czy sunących po torach tramwajów, włączam sobie radio. Wybija akurat
pełna godzina, więc trafiam na wiadomości dnia…
Rosja. Stało się coś, czego
wszyscy się obawialiśmy. Wojska rosyjskie wkroczyły na teren Unii Europejskiej,
przekroczyły granicę z Polską o 16:15. Piechota lądowa jest w drodze na
Warszawę, częściowo już zbombardowaną przez szybciej poruszające się oddziały
lotnicze. Reakcja – obrona. Unia zwołuje natychmiastowe posiedzenie kryzysowe.
Padają szybkie decyzje, dla nas, bo dla rządzących te decyzje zaplanowane były
od dawna, już wtedy, gdy nastąpił konflikt na Ukrainie. Samoloty, które
widziałam leżąc na trawie w parku, przecinające brutalnie bezchmurne niebo, to
jednostki szybkiego reagowania wysłane w rejony Warszawy.
Siadam załamana i wsłuchana w głos
dziennikarza radiowego, jednocześnie zastanawiając się, co mam robić. Wrócić do
domu, jak gdyby nigdy nic? Muszę zadzwonić do mojego Sebastiana! Przecież jest
na konferencji bliżej wschodniej granicy, niż ja teraz. Jestem przerażona. Nie
mogę się dodzwonić, ani do niego, ani do mamy. Łącza telefoniczne nie wyrabiają
przy tak dużym natężeniu rozmów. Wracam do domu, u sąsiada obok słyszę
telewizor rozkręcony na cały regulator, drzwi są otwarte, a w środku dostrzegam
jego i innych sąsiadów. Wołają mnie do środka. Siadam tuż obok ośmioletniej
córki sąsiada wbitej w kanapę, której jak dotąd beztroskie oczy, teraz spowite
są przerażeniem. Oglądamy migające ujęcia – strzały, bomby, naloty. Wszystko
sklecone na szybko, jakby kamerzysta bał się, że może nie przeżyć, jak film,
który nagrał swoim sprzętem.
Tyle rzeczy planowałam zrobić jutro, ale przerwała to wojna.
Wbrew pozorom nie jest to wpis
dotyczący „nie odkładaj rzeczy na jutro”. Chociaż może trochę także.
Gdzieś na świecie zawsze toczy się
wojna. Każdy z nas potrafi wymienić chociaż kilka takich miejsc na kuli
ziemskiej. Zawsze jest to nie w Polsce, dopiero Ukraina jakoś bezpośrednio nas
dotyczy, dotyka. Ale wojna to nie tylko atak jednego państwa na drugie, nie
tylko wielotysięczne wojska wysłane, by zawłaszczyć dla siebie jakiś rejon
świata. Ja rozumiem wojnę w sposób szerszy.
To przemoc, znieważenie, konfrontacja,
niepokój, kłótnia, starcie, walka, czyjaś krzywda.
Siedzę sobie w parku i spoglądam
na przechodzących ludzi. Każdy z nich toczy jakąś wojnę – swoją osobistą. Matka
z dzieckiem walczy z ojcem dziecka o prawa do opieki; starsza kobieta walczy z
państwem o zasiłek pielęgnacyjny, by wykupić sobie leki; student walczy z
właścicielem mieszkania o zwrot kaucji, z której został okradziony; biegnąca
kobieta z nadwagą walczy z uprzedzeniami; niepełnosprawny na wózku walczy z
barierami architektonicznymi i znieczulicą ludzi. Ty też walczysz, ze światem,
z drugim człowiekiem, z samym sobą także. Codziennie wstajesz i toczysz walkę o
lepsze życie, swoje przekonania, idee, wizje, przeciwko uprzedzeniom,
nietolerancji, znieczulicy, biedzie.
Każdy z nas ma także plany
dotyczące jutra. Nawet te błahe, by zjeść na obiad łososia, czy pokazać
ukochanemu piękne miejsce, żeby razem je podziwiać. Mamy cele, marzenia,
niektóre głośno wypowiadane i silne, inne ciche i nieśmiałe. To bez znaczenia,
wszystkie są jak domek z kart, można je zdmuchnąć. Mogą zniknąć, nie stać się
realne.
To, co próbuję Ci powiedzieć jest
proste. Każdy z nas ma jakieś swoje jutro. Każdy ma też jakąś swoją wojnę,
którą toczy. Niezdarny chłopiec codziennie idzie ze swoją piłką na osiedlowe
boisko, by pokopać do bramki. Kocha ten sport, ale nie ma okazji być w nim
mistrzem, bo zanim kopnie piłkę, śmieją się z niego inni chłopcy, kuli się w
sobie i wraca do domu. Przegrał swoją wojnę, po raz kolejny, może już nigdy nie
chwyci piłki w ręce. On marzy po prostu,
by jutro móc tam pójść, dziewięć razy nie trafić, by za dziesiątym razem oddać
strzał stulecia, który zapewni mu uznanie i sympatię kolegów z boiska.
Każda wojna jest zła,
niszczycielska. Rujnuje wszystko, co spotyka na swojej drodze, niszczy plany,
idee, cele małe i duże, niszczy to, co ma nadjeść jutro. A co do jutra? Każde
jutro zasługuje na to, by się ziścić, nadejść i wywołać uśmiech na Twojej
twarzy. Niech żadna wojna nie zdoła tego zniszczyć.







