sobota, 20 września 2014

A jeśli jutra nie będzie?

Dziś miałam bardzo intensywny dzień. Wstałam dość wcześnie i dość wcześnie wyszłam z domu, postanowiłam bowiem spędzić dzień aktywnie – na rowerze. Zdecydowanie obiecuję sobie, że jutro też pójdę na rower.
Odwiedziłam ulubioną lodziarnię zamawiając dwie gałki swoich ulubionych lodów. Jutro zamówię trzy, nie po to się tyle ruszam, żeby się ograniczać przy jedzeniu ulubionych lodów ;)
Później ruszyłam dość szybkim tempem w kierunku lasku, gdzie zawsze spalam kalorie po lodach. Najpierw szybka jazda po leśnym poszyciu, robię przystanek na siłowni na świeżym powietrzu i kilka szybkich ćwiczeń, potem jazda dalej, w głąb, by odkryć nową miejscówkę – piękny staw.  Jest bosko, pogoda wymarzona, promienie słońca odbijają się w tafli wody, jakaś para ma właśnie swój plener fotograficzny, a ja zajęta jestem podziwianiem piękna przyrody i budzącej się do życia jesieni. Siedzę na ławce, dzwoni Sebastian, opowiadam z przejęciem, jak tu ślicznie i obiecuję, że jak wróci z konferencji to go tu zabiorę, jutro.
Wracam zmęczona do domu, wstępując jeszcze po drodze do biedronki, z polecenia mojej mamy biorę pierogi, których przygotowanie wymaga podobno 2 minuty, czym jestem zachwycona, bo nie mam czasu na stanie dzisiaj przy garach. Mijam stoisko z rybami, postanawiam jutro zrobić sobie łososia z piekarnika.
Po obiedzie chcę poleżeć dla odmiany i odpocząć. Znów biorę rower i jadę do parku w centrum miasta. Ok, jutro trochę popracuję, może też leżąc, ale efektywnie ;)
Jest całkiem przyjemnie, wyłączając ciągły huk, gdzieś w oddali. Na szczęście długo nie muszę zastanawiać się, co to, bo za kilka minut widzę już na niebie znajomy widok odrzutowców wojskowych. Nie robią one na mnie zbytniego wrażenia, bo wiem, że nieopodal znajduje się baza wojskowa, gdzie stacjonują.
Jest koło 17 i decyduję się wracać do domu, może jutro zostanę dłużej. Nie mam daleko. Żeby nie słuchać klaksonów samochodowych, przypadkowych rozmów ludzi, czy sunących po torach tramwajów, włączam sobie radio. Wybija akurat pełna godzina, więc trafiam na wiadomości dnia…
Rosja. Stało się coś, czego wszyscy się obawialiśmy. Wojska rosyjskie wkroczyły na teren Unii Europejskiej, przekroczyły granicę z Polską o 16:15. Piechota lądowa jest w drodze na Warszawę, częściowo już zbombardowaną przez szybciej poruszające się oddziały lotnicze. Reakcja – obrona. Unia zwołuje natychmiastowe posiedzenie kryzysowe. Padają szybkie decyzje, dla nas, bo dla rządzących te decyzje zaplanowane były od dawna, już wtedy, gdy nastąpił konflikt na Ukrainie. Samoloty, które widziałam leżąc na trawie w parku, przecinające brutalnie bezchmurne niebo, to jednostki szybkiego reagowania wysłane w rejony Warszawy.
Siadam załamana i wsłuchana w głos dziennikarza radiowego, jednocześnie zastanawiając się, co mam robić. Wrócić do domu, jak gdyby nigdy nic? Muszę zadzwonić do mojego Sebastiana! Przecież jest na konferencji bliżej wschodniej granicy, niż ja teraz. Jestem przerażona. Nie mogę się dodzwonić, ani do niego, ani do mamy. Łącza telefoniczne nie wyrabiają przy tak dużym natężeniu rozmów. Wracam do domu, u sąsiada obok słyszę telewizor rozkręcony na cały regulator, drzwi są otwarte, a w środku dostrzegam jego i innych sąsiadów. Wołają mnie do środka. Siadam tuż obok ośmioletniej córki sąsiada wbitej w kanapę, której jak dotąd beztroskie oczy, teraz spowite są przerażeniem. Oglądamy migające ujęcia – strzały, bomby, naloty. Wszystko sklecone na szybko, jakby kamerzysta bał się, że może nie przeżyć, jak film, który nagrał swoim sprzętem.
Tyle rzeczy planowałam zrobić jutro, ale przerwała to wojna.

Wbrew pozorom nie jest to wpis dotyczący „nie odkładaj rzeczy na jutro”. Chociaż może trochę także.
Gdzieś na świecie zawsze toczy się wojna. Każdy z nas potrafi wymienić chociaż kilka takich miejsc na kuli ziemskiej. Zawsze jest to nie w Polsce, dopiero Ukraina jakoś bezpośrednio nas dotyczy, dotyka. Ale wojna to nie tylko atak jednego państwa na drugie, nie tylko wielotysięczne wojska wysłane, by zawłaszczyć dla siebie jakiś rejon świata. Ja rozumiem wojnę w sposób szerszy.  To przemoc, znieważenie, konfrontacja,  niepokój, kłótnia, starcie, walka, czyjaś krzywda.
Siedzę sobie w parku i spoglądam na przechodzących ludzi. Każdy z nich toczy jakąś wojnę – swoją osobistą. Matka z dzieckiem walczy z ojcem dziecka o prawa do opieki; starsza kobieta walczy z państwem o zasiłek pielęgnacyjny, by wykupić sobie leki; student walczy z właścicielem mieszkania o zwrot kaucji, z której został okradziony; biegnąca kobieta z nadwagą walczy z uprzedzeniami; niepełnosprawny na wózku walczy z barierami architektonicznymi i znieczulicą ludzi. Ty też walczysz, ze światem, z drugim człowiekiem, z samym sobą także. Codziennie wstajesz i toczysz walkę o lepsze życie, swoje przekonania, idee, wizje, przeciwko uprzedzeniom, nietolerancji, znieczulicy, biedzie.
Każdy z nas ma także plany dotyczące jutra. Nawet te błahe, by zjeść na obiad łososia, czy pokazać ukochanemu piękne miejsce, żeby razem je podziwiać. Mamy cele, marzenia, niektóre głośno wypowiadane i silne, inne ciche i nieśmiałe. To bez znaczenia, wszystkie są jak domek z kart, można je zdmuchnąć. Mogą zniknąć, nie stać się realne.
To, co próbuję Ci powiedzieć jest proste. Każdy z nas ma jakieś swoje jutro. Każdy ma też jakąś swoją wojnę, którą toczy. Niezdarny chłopiec codziennie idzie ze swoją piłką na osiedlowe boisko, by pokopać do bramki. Kocha ten sport, ale nie ma okazji być w nim mistrzem, bo zanim kopnie piłkę, śmieją się z niego inni chłopcy, kuli się w sobie i wraca do domu. Przegrał swoją wojnę, po raz kolejny, może już nigdy nie chwyci piłki w ręce.  On marzy po prostu, by jutro móc tam pójść, dziewięć razy nie trafić, by za dziesiątym razem oddać strzał stulecia, który zapewni mu uznanie i sympatię kolegów z boiska.

Każda wojna jest zła, niszczycielska. Rujnuje wszystko, co spotyka na swojej drodze, niszczy plany, idee, cele małe i duże, niszczy to, co ma nadjeść jutro.  A co do jutra? Każde jutro zasługuje na to, by się ziścić, nadejść i wywołać uśmiech na Twojej twarzy. Niech żadna wojna nie zdoła tego zniszczyć. 





sobota, 6 września 2014

To nigdy nie będzie blog dla zazdrosnych ludzi.


-Kiedy wylatujesz?
-Za 3 dni.
-Ale fajnie!
Zarówno Wera, która teraz już pewnie jest w swoim ukochanym Szanghaju, jak i Lucy, która jest na kursie w Bostonie, robią coś o czym marzę- podróżują po świecie. Jeśli jeszcze dorzucić do tej gromady wszystkie znane mi modelki, które obecnie opanowały stolice mody, to mamy pokaźną gromadkę ludzi, którym mogę zazdrościć.
No właśnie, ale czy na pewno?
Zazdrościmy najczęściej tego, czego sami nie mamy, czego brak najbardziej nam doskwiera. Czasem są to tęskne spojrzenia w stronę ‘bardziej zielonego ogródka sąsiada’, a czasami pełne nienawiści podejście do ludzi, którym coś w życiu się udało. Można powiedzieć, że czasami zazdrość może być zdrowa, właśnie taka, która motywuje, napędza nas do działania, by osiągnąć coś, czego my nie mamy, a ma ktoś inny. I tak, patrząc na rzesze moich znajomych i ich zagraniczne wojaże, mogę albo ich przekląć, albo…
Jaką mam alternatywę? Podziw? Nigdy nie podziwiałam kogoś ze względu na to, co posiadał. Absolutnie nie rusza mnie czyjś nowy ciuch, samochód, dom. Uwielbiam ludzi, którzy coś w życiu osiągają. Jeszcze bardziej tych, którzy robią to własnymi rękoma, a nie za sprawą bogatego tatusia, który całe życie harował, żeby jego córeczka mogła mieszkać w pięknym mieszkaniu i nie umie potraktować tego, jako przewagę na starcie, nie potrafi tego wykorzystać. Nie zrozumcie mnie źle, sama bardzo bym się cieszyła, gdybym dostała od kogoś mieszkanie, chodzi mi tylko o to, że rzadko kiedy prezenty podane na złotej tacy, dodatkowo bardzo drogie, są dobrze owocujące; mało kto wykorzystuje to jako potencjał, który rozwinie i który zakwitnie w przyszłości, by wydać owoce.
Moją alternatywą jest radość, że komuś coś w życiu wychodzi i motywacja, by mi się też coś, o czym marzę udało.
Nie mam wątpliwości (mimo, że mogę powiedzieć, że na chwilę obecną jestem szczęśliwa), że wszystko, co dobre, jest jeszcze przede mną. W tym roku nie miałam kasy nawet na wakacje nad Bałtykiem, ale za rok… za rok wszystko może się zmienić. Niezmiennie wierzę w moc marzeń, staram się jednak marzenia zamieniać w cele. Cele są do realizacji. Mam cel – to brzmi lepiej.
Nauczyłam się wyznaczać sobie cele, które zrealizuję, ale nie traktuję przy tym siebie nazbyt surowo. Potrafię powiedzieć sobie, że ten rok jest rokiem, gdzie nic się nie zmieni, a może nawet będzie jeszcze gorzej, by potem mogło być lepiej. Nauczyłam się tego przy moim jakże cierpliwym S. Zatem, gorąco wierzę, że za dwa lata będę pisać do was z jakiegoś przyjemnego miejsca na Ziemi, gdzie zamiast przejmować się NFZ, składkami ZUS, czynszem za mieszkanie i tym, że samochody nie jeżdżą na wodę; będę robić, co kocham, z osobą, którą kocham, w miejscu, które będę witać uśmiechem na twarzy codziennie rano.
Ostatnio bardzo zapadły mi w pamięć słowa jednego z czołowych polskich blogerów, który o swoim blogu napisał: „to nigdy nie był blog dla ludzi z reklamówkami z Biedronki. Nawet wtedy, kiedy sam z nimi chodziłem”. Niewielu ludzi potrafi, pomimo siedzenia w marnej sytuacji sięgać wyżej, chociażby swoimi myślami i wierzyć, że za myślami biegną ich realizacje.
Tak więc, nie jest to blog dla ludzi, którzy zazdroszczą, plują jadem na kogoś, komu się coś powiodło, udało w życiu; a sami tkwią w swoim osobistym bagienku.
Nie zazdroszczę ani Weronice, ani Adze, ani moim modelkom. Cieszę się i trzymam za wszystko, co robią kciuki. Może to dlatego, że sama też chciałabym być tak potraktowana, gdy będę realizować swoje cele. Rzesze hejterów to w rzeczywistości bardzo sfrustrowani ludzie, którzy mają za mało odwagi, by sięgać po swoje marzenia.
Moje konto oszczędnościowe po zakupie samochodu świeci niesamowitymi pustkami. Winą za to obarczam właśnie moje biegające bardzo daleko myśli. Naprawdę wolę iść w tym miesiącu na sushi, niż odłożyć tę stówkę. Lubię, podczas rowerowej wycieczki, wskoczyć na lody i nie patrząc na cenę gałki, wziąć od razu cztery! Wolę mieszkać z moim narzeczonym w wielkim mieście, daleko od rodzinnych stron, by korzystać z jego wszystkich możliwości, wynajmować cholernie drogie mieszkanie, niż odkładać na wkład własny do kredytu, mieszkając u mamusi, czy to jego, czy mojej; nie dojeżdżając do pracy czy na uczelnie dwie godziny. Chodzi o standard, jaki sobie wyznaczyliśmy.

Podziwiam osoby, które potrafią oszczędzać  na jakiś wyznaczony sobie cel. Sami też tak zrobiliśmy, gdy zapragnęliśmy auta. I chociaż doceniam poczucie bezpieczeństwa i komfortu, jaki dają oszczędności, nie lubię rezygnować i ograniczać się nazbyt; myślę, że jesteśmy świetni w życiu na wyższym poziomie, dlaczego więc mamy się ograniczać? O wiele bardziej lubimy się do niego przyzwyczajać, czekając na czas, gdy takie życie polubi nas równie mocno, co my je ;)

Self-love!

Oprócz zawiłych emocji, które krążą po krwioobiegu z intensywnością adrenaliny u ludzi na rollercosterze, mam w sobie też prostotę starszego...